Ta wieś Roma się nazywa Drukuj
Wpisany przez Ks. Krzysztof Morka SAC   
środa, 02 marca 2005 23:43

Z życia misjonarzy
Nazwa Roma kojarzy nam się z Włochami, ale jest też Roma w Papui Nowej Gwinei. I tam właśnie jestem proboszczem. Papuaska Roma to wioska w buszu, jakieś 107 km od Wewak.

Jest to typowa parafia lądowa - dookoła wysokie trawy, strumienie, rzeczki. Pierwszy kościół był kryty liśćmi. Ten obecny zrobiliśmy bardzo prosty - kupiliśmy tylko blachę, gwoździe i cement, a wszystko inne robiliśmy we własnym zakresie. Mieszkańcy wioski sami ściągali drzewa na posty (kolumny), rzeźbili wszystko, nawet ołtarz. Ołtarz jest bardzo ciężki, nieśli go ok. sześciu kilometrów.

Skoro wieś nazywa się Roma &ndash, Rzym, to kościół nosi wezwanie św. Piotra i Pawła i właśnie ich postacie, według własnego wyobrażenia, wyrzeźbili moi parafianie.

Do dekoracji zewnętrznej też zostały wykorzystane rzeźby, a właściwie płaskorzeźby, wykonane na pniu drzewa. Jak na tutejsze warunki są bardzo stare &ndash, mają ok. 80 lat. Najpierw wisiały w Hausboyu, a kiedy powstał pierwszy kościół zostały przeniesione do niego. Jak przyszedłem rzeźby leżały pod ...

... domem i niszczały. Pewnie umieścili je tam jak przenosili stację misyjną.

Kiedy budowaliśmy kościół, zdecydowaliśmy, żeby je wykorzystać. Niestety, musieliśmy niektóre części odciąć, bo były zbyt zniszczone. Rzeźby te nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem, raczej z tradycjami papuaskimi.

W kościele znajdowała się figurka Matki Bożej. Przywiózł ją jeden z księży przed 20 laty. Podobno w oryginale miała czarną twarz, jakby kobiety papuaskiej, ale później została odmalowana &ndash, mniej więcej naturalnie (Papuasi chcą, żeby pokazywać im Matkę Bożą taką jaka była naprawdę).

Piszę "znajdowała się", gdyż została zniszczona dwie noce przed Bożym Narodzeniem. Przywódca sekty Zgromadzenie Boże, z dwom swoimi kumplami, wszedł do kościoła i stłukł figurkę. Była bardzo ciężka - wystarczyło ją tylko pochylić, upadła i rozbiła się na cemencie. Kiedy ludzie to zobaczyli, płakali, jakby został zabity ktoś najbliższy. Ogromnie trudno było im wytłumaczyć, że to tylko figurka, że oni nie zabili Matki Bożej. Koniecznie chcieli zemścić się na sprawcach. Łatwo znaleźli tych, co to zrobili i pewnie polałaby się krew, a może nawet ktoś straciłby życie, gdyby nie udało mi się ich powstrzymać. Pomału zrozumieli i przebaczyli, ale czekają co będzie dalej, bo wierzą, że to nie ujdzie "na sucho". Nie wyrzucili skorup - złożyliśmy je na jedno miejsce. Traktowali je jak człowieka, którego trzeba pogrzebać. W końcu, jako akt ekspiacyjny, zrobiliśmy duży krzyż (7-8 m). Cały Wielki Post chodziliśmy z liderami do buszu i siekierami ciosaliśmy bardzo grube drzewo. Wyciosaliśmy potężną belkę, tak do Wielkiego Piątku. W Wielki Piątek wszyscy zgromadziliśmy się w lesie i jako drogę krzyżową nieśliśmy ten krzyż na stację misyjną. Później trzeba było go wykończyć, tak, żeby zniwelować wszystkie zadry, co trochę trwało. Wszystko było gotowe na uroczystość św. Piotra i Pawła - ustawiliśmy krzyż i zacementowaliśmy go, a do cementu włożyliśmy potłuczoną figurkę. Na bierzmowanie przyjechał biskup, któremu wytłumaczyli, że ustawienie krzyża jest aktem ekspiacyjnym i który po bierzmowaniu poświęcił krzyż.

Ze strony sekt często zdarzają się oznaki nienawiści. Przyjeżdżają biali sekciarze i doprowadzają do tak strasznych animozji, zajść, że ktoś bywa pobity, a nawet zabity czy spalony kościół, czy Najświętszy Sakrament jest porozrzucany. Na szczęście tylko niektórzy ludzie są tacy. My na stacjach współpracujemy z ludźmi, którzy są mili i uczynni. Dość duży procent Papuasów zaczyna rozumieć, że praca misyjna to praca bezinteresowna, że to nie biznes. Zauważa się też oznaki sympatii, szczególnie ze strony ludzi, z którymi bliżej współpracujemy. To jest pocieszające. Pewnie, że jest też wielu takich, którzy chcą jak najwięcej od białych wyciągnąć. Oni wiedzą, że mamy więcej, że mamy wykształcenie itp., więc czasem przemawia przez nich zazdrość, a przy tym i element łakomstwa - jak coś zobaczą, to i oni chcieliby mieć. Częste są kradzieże. Trzeba jednak pamiętać, że wielu z nich wyznaje kult cargo - biały (ksiądz także) to ich przodek, który kiedyś tu żył, zmienił skórę, zyskał cargo (bogactwo) i teraz wrócił do nich, tylko, że jest taki "paskuda", który pilnuje tego cargo i nie chce im dać.

I choć nie pracuje się tu łatwo, wiem, że ci ludzie potrzebują mnie, a ja ich, że wzajemnie się uzupełniamy. 

Pamiętajcie o nas w swoich modlitwach.

Ks. Krzysztof Morka SAC