Znowu jest pokój! Drukuj
Wpisany przez Ks. Jan Rykała SAC   
środa, 02 marca 2005 23:27

Z życia misjonarzyChociaż opuściłem już placówkę w Neragaymie, w górach Papui Nowej Gwinei, to jednak ciągle mówię o tej parafii "moja parafia" - w końcu byłem tam 4 lata i przeżyłem bardzo wiele, szczególnie w czasie toczących się tam wojen plemiennych.

Tę sytuację trochę znacie Państwo z moich wcześniejszych listów, publikowanych w "Horyzontach Misyjnych".

Było to tak wielkie przeżycie, że wciąż żywo tkwi w mojej pamięci. Stale myślałem co robić, żeby mimo wszystko tych ludzi zbliżać do Pana Boga - przede wszystkim potrzebna była modlitwa, a więc jeździłem gdzie mogłem i modliliśmy się.
Wielkie doświadczenie przeżyłem na sam koniec pracy w górach. My cały czas pracowaliśmy, by ich pogodzić w czasie wojen - toczyły się równocześnie 4 wojny plemienne, w różnych częściach parafii. Do kościoła przychodziła jedna część albo trzeba było jeździć do obu. Nie mogli się spotkać. Nieraz trzeba było nawet zakazywać komunii św. i spowiedzi, bo jeśli nie są pojednani ze sobą, to nie mogą przystąpić do sakramentów. Dobrze, że chodzili do kościoła, to się ...

... zachęcało ich, by czynili pokutę, by modlili się. Pojednanie nastąpiło na Boże Narodzenie przed Rokiem Jubileuszowym.

Do Roku Jubileuszowego przygotowywali się bardzo starannie przez, trwające prawie 3 lata, rekolekcje. Oprócz kościołów "niedzielnych", do których schodzili się ludzie ze wszystkich klanów, w wioskach były domy modlitwy, kaplice w których modlili się i spotykali codziennie. Właśnie tam odbywały się rekolekcje, które prowadzili przygotowani do tego ludzie świeccy. Księża jeździli tylko na zakończenie rekolekcji, spowiedź, Mszę św. i oczywiście musieli wziąć udział w skromnej uczcie na koniec rekolekcji, przygotowanej przez ludzi z wioski. W ciągu tych 3 lat przynajmniej po kilka razy odwiedziliśmy każdą kaplicę. To było m.in. w celu pojednania tych ludzi, a z drugiej strony silna jest tu wiara w magię, szczególnie sangumę. To był drugi cel tych rekolekcji - żeby ludzie bardziej wierzyli w Pana Boga niż w magię. I na Boże Narodzenie, tuż przed opuszczeniem przeze mnie parafii, nastąpiło całkowite pojednanie.

Sytuacja była dość ciężka, bo w czasie wojny zabili kobietę, przez co złamali swoje własne prawo. Byli bezradni jak to rozstrzygnąć. Kiedy przyjechał Biskup na bierzmowanie, zaproponował, by zapłacili kompensatę (nie jest to typowa kompensata, bo nie ma kompensaty miedzy wrogami). W końcu się jakoś dogadali. Pojechali do sądu, ale kwota, jaką chciał otrzymać mąż tej kobiety była zbyt wysoka. Proponowane było, by była to cena symboliczna. Prawdziwa kompensata to musiałaby wynosić kilka tysięcy kina (miejscowa waluta) plus ileś świń. Oni chcieli ok. tysiąca kina. Na szczęście tuż przed Bożym Narodzeniem pojechali do sądu jeszcze raz i uzgodnili cenę. Tak więc na Boże Narodzenie byli w stanie przyjść wszyscy do kościoła. Trwało to godzenie 2 lata. Ci co chcieli zgody to są ludzie dobrej woli.

Brałem udział w zawieszeniu broni - jest to moment, kiedy mówią, że nie będą walczyć. Zwykle dzieje się to na granicy terytoriów walczących plemion. Bywa zapraszany proboszcz, biskup, ktoś z rządu, policja, żeby było dużo świadków. Do granicy przychodzą zwaśnione plemiona z rytualnym tańcem wojennym, każde ze swojej strony. Są przemówienia i deklaracje, że już nie będą walczyć. Odbywa się ceremonia łamania i jedzenia trzciny cukrowej, przyniesionej w kawałkach, długich na kilka metrów. Podchodzą liderzy obu plemion, dzielą trzcinę między siebie i spożywają. To jest znak zawarcia pokoju. Zwykle potem jest też jakieś wspólne jedzenie. Posiłek ten świadczy, że zakończyła się walka.

Byłem też na obrzędzie kompensacji, jakby wynagradzania poniesionych strat. Trzeba wiedzieć, że nie ma kompensacji pomiędzy wrogami. Jest ona płacona wewnątrz jednego plemienia, jednej strony. Zwykle jest jeden klan, który wywołał walkę, ale sam jest za mały i za słaby, żeby walczyć, toteż zwykle prosi klany sąsiednie o pomoc. Jeśli ktoś z tych klanów zginął, zostały spalone domy, zniszczone ogrody itp., to ten klan, który wywołał wojnę, musi im zapłacić, zrekompensować straty.

Czas płacenia kompensacji trwa zwykle kilka lat, zanim zbiorą pieniądze. Jak już wszystko jest zebrane odbywa się specjalna uroczystość. Część ludzi ubiera się w tradycyjne stroje. Kije bambusowe, wysokie przynajmniej na 5 m, są udekorowane banknotami o różnym nominale - 2, 10, 20 niekiedy nawet 50 kina. Lider każdego plemienia trzyma taki kij i ze śpiewami, tańcem schodzą się ludzie z różnych plemion w określone miejsce, oczywiście przynoszą też niezmiernie tu cenione świnie. Kiedy już zejdą się wszystkie klany walczące w tej wojnie, wtedy zaczynają się śpiewy i tańce. Trwa to do pół godziny - chodzą w koło z wielkim krzykiem, śpiewem, cieszą się. Potem następuje podział. Oni wiedzą komu ile mają dać. Niektórzy uważają, że dostali za mało albo oburzają się, że w ogóle nie dostali, a inni dostali za dużo, toteż po każdej takiej uroczystości są też kłótnie i niesnaski. Zwykle jednak po zapłaceniu kompensacji jest już spokój. Oczywiście kończy się to wielkim jedzeniem.

Trzeba sobie zdawać sprawę, że te problemy jeszcze nie raz będą wychodziły, bo niestety te dwa plemiona są wrogami od pokoleń. Kiedy jest czas pokoju -wszystko jest dobrze, ale kiedy coś się dzieje - znowu wyciągają stare dzieje i konflikty powracają. Mimo to byłem bardzo radosny, bo odchodziłem stamtąd niejako z czystym kontem - przyszedłem do parafii - był pokój, odchodzę - znowu jest pokój.

Ks. Jan Rykała SAC