List z Romy Drukuj
Wpisany przez Ks. Krzysztof Morka SAC   
środa, 02 marca 2005 22:12

Z życia misjonarzyZ powodu groźby inwalidztwa, spowodowanej nadmiernym obciążeniem kręgosłupa, a nawet jego lekkim pęknięciem, spowodowanej przez noszenie, niezbędnych w podróżach misyjnych na parafii w Burui, przedmiotów (silnik łodzi, kanistry z benzyną itp.), zmuszony byłem opuścić moją parafię "na wodzie" i przenieść się "na ląd".

Od ponad dwóch lat pracuję w parafii Roma, w buszu. Ludzie tu są inni: mniej pyszni, bardziej chłonni i skłonni do współpracy.

Był tu domek dla misjonarza (pierwszy misjonarz przybył tu 40 lat temu), w którym zamieszkałem. Niestety, prawie cały jest już mocno nadwątlony, gdyż stanowi jadłodajnię termitów. Najmniejsze trzęsienie ziemi i muszę uciekać, bo się boję, że coś mi spadnie na głowę.

Najważniejsze jest, że ludzie się cieszą, że jestem wśród nich. Staram się też pomóc im w różny sposób. Zorganizowałem dla kobiet kurs szycia. Pomogła siostra zakonna, Niemka. Kiedy zastanawiałem się skąd wziąć pieniądze na zakup materiału, dostałem 500 dolarów z Kanady &ndash, to było ok. 1000 kina. Mogliśmy więc zacząć. Przez miesiąc ...

... uczestniczyło ok. 40 kobiet. Najpierw nauczyły się jak należy trzymać igłę, nici oraz nożyczki. Wiele radości odczułem, gdy po miesiącu z ich rąk wyszły jakieś proste spódnice, spodenki dla dziecka czy jakaś prosta koszulka. Od razu w pierwszą niedzielę się w nie poubierały. A jak one się cieszyły, że coś potrafią, że ktoś się nimi zajął, czegoś je nauczył! Tym też ująłem sobie ich mężów, którzy dostrzegli, że ich kobiety coś nowego potrafią, że się czegoś nauczyły. To wszystko łączy się z tym, że decyzją grupy liderów postanowiliśmy zająć się kobietami. Zorganizowaliśmy grupy, które zostały nazwane Katolickie Matki. Każda eria (2-3 wioski w pobliżu) się zorganizowała. Są teraz takie 4 grupy. Mają swoje spotkania kilka razy w roku. Łączy się to z formacją religijną - mają pogadanki religijne, Mszę św., a nawet swoje rekolekcje. Formacja religijna musi iść w parze z nauką, że tylko z pracy można coś mieć i tylko pracą do czegoś dochodzić. Podczas kursu była codzienna modlitwa oraz kilkunastominutowe rozważania, medytacje w oparciu o Pismo św. Przez taką formację mogę też lepiej oddziaływać na rodziny. Doprowadzam do tego, że one uznają za swój obowiązek codzienną modlitwę z dziećmi, z rodziną. One lubią różne akcje, ale ja je uczę, że ich najważniejszą formą pracy jest rodzina, że zdobywanie umiejętności manualnych należy połączyć z wiarą.

W kursach mogą uczestniczyć wszystkie matki, także te, które nie są katoliczkami, ale nie wolno im wprowadzać żadnych elementów ich religii czy mówić o nich.

Organizujemy dla nich różne kursy. Pierwszym było pieczenie chleba, takich bułeczek. Chwyciły to doskonale. O ile potrafią sobie zorganizować trochę mąki i drożdży, to mogą nawet pomóc swojej rodzinie, sprzedając bułeczki na markecie. To co szyją w klubie też sprzedają i mają pieniądze na coś więcej.

Chodzi o to, by pomóc im stanąć na nogi, nauczyć jak zorganizować się, jak coś zrobić, by to dawało profit. Skończyć jeden kurs, wykorzystać umiejętności, zarobić i zorganizować sobie inny kurs, bo przecież ja nie jestem w stanie płacić w nieskończoność za te kursy. Na szczęście one już to chwyciły i np. te 40 kobiet, które nauczyły się szyć, uczy szyć następne kobiety. Obiecałem kobietom, że w przyszłym roku nauczą się szyć spodnie i koszule dla mężczyzn. Zdobyły jeden etap, trzeba dać następny itd.

Nie można ich ciągle obdarowywać - dziś się ucieszą, ale jutro czy za miesiąc przyjdą ponownie. Trzeba uczyć czegoś, co mogą sami robić, żeby rozumieli, że do wszystkiego dojść trzeba pracą.

Pozdrawiam wszystkich Czytelników i proszę o modlitwę.

Ks. Krzysztof Morka SAC