Misjonarz wśród Papuasów Drukuj
Wpisany przez Ks. Jacek Bilik SAC   
wtorek, 01 marca 2005 23:36

Z życia misjonarzyJestem najmłodszym księdzem wśród polskich pallotynów w Papui Nowej Gwinei &ndash, przyjechałem tam w październiku 1996 r. Już w Port Moresby poczułem, że powietrze parzy, a człowiek momentalnie jest zlany potem. Z czasem przyzwyczaiłem się do tego.

Zdumiały mnie czerwone zęby i usta Papuasów, jak się potem dowiedziałem, zabarwione żutym przez nich buaiem.

Przebywałem najpierw na wybrzeżu, w naszym domu w Boram, a następnie przez pół roku byłem z ks. Morką w jego parafiach Marui i Burui. Zastępowałem także księży podczas ich wyjazdów urlopowych, a od listopada 1997 r. do 1999 r. pracowałem w górach, w Neregaimie, razem z ks. Janem Rykałą. Obecnie jestem znowu w Boram.

Z moich pierwszych doświadczeń - ogromne wrażenie wywarł na mnie wyjazd z ks. Morką do jednej z "jego" wiosek nad Sepikiem, gdzie prowadził rekolekcje. Było to chyba po 4 tygodniach mojego pobytu w Papui. Miałem wtedy po raz pierwszy okazję spać w papuaskim domu - na deskach przykrytych matą, poznać niezwykle prymitywne warunki ich życia i posmakować lokalnych przysmaków. Na początku z trudem ...

... przechodziły przez gardło. Zdarzyło mi się potem próbować nawet nietoperze czy szczury wodne. Dla Papuasów jedzenie jest bardzo ważne. Jeśli poczęstują czymś, nie wypada odmówić - trzeba koniecznie spróbować. Przy każdej większej uroczystości najważniejszym momentem jest posiłek. Charakterystycznym daniem jest mumu, czyli świnia zawinięta w liściach bambusa i usmażona na gorących kamieniach.

Papuasi utrzymują się głównie z tego co wyrośnie w ich ogrodach. W górach są jeszcze duże plantacje kawy, które dają spore zyski. Cóż z tego, kiedy w ciągu miesiąca tracą wszystko: płacą odszkodowania, kupują lub spłacają rodzinom żony, a resztę wydają na używki, jedzenie i granie w karty. Coraz popularniejsze staje się palenie marihuany, szczególnie wśród młodzieży. Mimo, iż jest to oficjalnie zakazane, wielu Papuasów uprawia marihuanę. Nikt tego nie sprawdza. Mówienie im o skutkach palenia marihuany nic nie daje - kiwają głowami i dalej palą. Wielu z tego powodu choruje psychicznie. Jest coraz więcej zgonów spowodowanych używaniem narkotyków. Swoje żniwo zbiera już AIDS. Na alkohol mieszkańcy gór reagują wzmożoną agresją. Wystarczy niewielka ilość, by rozpoczęła się wojna, toteż państwo zarządziło w górach prohibicję, ale Papuasi i tak przemycają alkohol.

Różna jest kultura ludzi na wybrzeżu i w górach. Na wybrzeżu ludność jest mieszana, pochodzi z różnych stron kraju. Jest też dużo Melanezyjczyków. Tu cywilizacja dotarła znacznie wcześniej, toteż ludzie są mniej prymitywni. W miastach zanikają języki i zwyczaje plemienne. Wszyscy znają pidgin, a w górach - zaledwie około połowy. W góry cywilizacja dotarła właściwie dopiero po II wojnie światowej. Większość ludzi posługuje się językiem plemiennym, nieraz różnym w sąsiednich wioskach, co utrudnia bardzo duszpasterzowanie. Ci, którzy znają pidgin, mają się w nim spowiadać, ale niektórzy próbują oszukiwać. Starszym nic nie mówiłem, ale kiedy młodzi chcieli się spowiadać w języku plemiennym pytałem: Znasz pidgin? Odpowiadali: Nie, a wtedy mówiłem: W porządku, ale jeśli znasz pidgin, ta spowiedź jest nieważna. I zdarzał się wiele razy "cud", bo nagle zaczynali mówić w pidgin. Żeby móc spowiadać w języku lokalnym, zabieramy ze sobą kartkę z wypisanymi przez katechistę - tłumacza, grzechami, ale taka spowiedź nie jest łatwa.

Papuasi bardzo szanują szeroko pojęte więzi rodzinne. Na wybrzeżu żyją na ogół rodzinami, ale w górach są klany. Taki klan to właściwie szeroko pojęta rodzina. Nie ma wiosek, chaty są porozrzucane, ale dość blisko siebie. Na wybrzeżu są wioski, większe skupiska po kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt domków. W górach tego nie ma.

Ich koligacje rodzinne są strasznie skomplikowane: pierwszy ojciec, drugi ojciec, trzeci ojciec, pierwsza matka, druga matka itd. Okazuje się, że oni tak mówią na ciotki i wujków, którzy też ich wychowują. Jeśli komuś umrze matka czy w ogóle rodzice, to zaraz jej czy ich obowiązki przejmują ciotki i wujkowie.

Jeden z misjonarzy, Holender, twierdził, że kultura papuaska, to kultura śmierci, bo oni ożywiają się w obliczu śmierci. Kiedy umiera ktoś młody, szukają winnego (sangumy, który rzucił zły urok). Ten misjonarz opowiadał taką historię: Zmarł jeden z liderów, bardzo znany w wielu wioskach. Kiedy chorował, żal im było wydać 10 kina, żeby zawieźć go do szpitala, ale gdy zmarł - przez kilka dni wozili go helikopterem od wioski do wioski, płacąc za to spore kwoty. W każdej wiosce trochę się modlili, a przede wszystkim ucztowali na cześć zmarłego. Wieczorem zawozili go do szpitalnej lodówki, a rano zabierali do następnej wioski.

Ks. Darek Woźniak zaobserwował inny obyczaj - jeśli ktoś zginął na drodze, to po jego ducha idą kobiety. Biorą bilumy (siatki), ładują go do nich i niosą na głowach do wioski. Są przy tym ogromnie zmęczone, zlane potem, jakby niosły kilkadziesiąt kilogramów.

Kiedy ktoś umrze poza wioską - sprowadzają jego ciało, wydając nieraz duże sumy. Papuas musi być pochowany wśród swoich, by jego dusza trafiła do przodków.

Świat Papuasa jest pełen duchów, dobrych i złych, które mogą mu pomagać lub szkodzić, z którymi trzeba żyć w zgodzie. Silna jest wiara, że wszystko co dobre pochodzi od przodków. Biali zabierają dobra, które przodkowie przysyłają im stalowymi ptakami.

Nie jest łatwo Europejczykowi przystosować się do życia w tak odmiennym środowisku, ale, jak mówił św. Paweł: Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii.

Ks. Jacek Bilik SAC