Dlaczego Maryja wybrała dzieci? Drukuj
Wpisany przez Redakcja PNG   
wtorek, 01 marca 2005 21:50

Z życia misjonarzyOsoby słuchające opowieści o objawieniach, jakie miały miejsce przed laty w Lourdes, Fatimie czy La Sallett, często zadają pytanie: Dlaczego Maryja wybrała takie małe dzieci? Dlaczego nie jakiegoś wodza, uczonego lub wielkiego człowieka?

Kilka miesięcy temu znalazłem odpowiedź na to pytanie tu, na nowogwinejskiej ziemi.

Zakończyłem prowadzenie rekolekcji dla bardzo dużej grupy ludzi zrzeszonych w ruchu, który nazywa się Legion Maryi. Rekolekcje te odbywały się w miejscowości oddalonej od mojego miejsca zamieszkania o ok. 150 kilometrów. Parafię tę prowadzi werbista, ksiądz Waldemar z Niemiec wraz ze swoim asystentem, księdzem Andrzejem z Filipin.

Była niedziela. Po porannych Mszach świętych, które odprawialiśmy indywidualnie w różnych stacjach misyjnych, postanowiliśmy około południa wyruszyć w kierunku Wewak. Musieliśmy przebyć spory odcinek drogi rozmoczonej przez deszcze. Była to po prostu gliniana maź. Samochód księdza Waldemara był uszkodzony i nie miał ...

", "

... napędu na cztery koła, co w tutejszych warunkach jest konieczne. Spoglądając z niepokojem na powolnie sunące po niebie ciężkie, szare chmury, ruszyliśmy w drogę, zastanawiając się czy dojedziemy czy utkniemy w błocie.

Z Bożą pomocą ruszyliśmy koło południa. Początkowo droga wiodła przez teren w miarę płaski, toteż przebyliśmy go z łatwością. Kiedy wjechaliśmy w pasmo pagórków, zaczęło kropić. Podłoże stało się śliskie. Ogarnął nas lekki strach. Siedząc jako pasażer, czułem jak na zakrętach samochód tańczy. Ufałem kierowcy &ndash, ksiądz Waldemar jeździ tą drogą już od trzydziestu lat. Zna więc wszystkie mogące czyhać na nas zasadzki.

W pewnym momencie zjechaliśmy po bardzo stromej górze w dół, do rzeki, a następnie, wstrzymując oddech i otwierając szeroko oczy, w górę!

Niestety, nie udało się! Wprawdzie nie zakopani w błocie, ale ślizgający się w miejscu, jak na lodowisku, stoimy. Wyskoczyłem natychmiast z samochodu. Ksiądz Waldemar podał mi linę, którą umocowałem z przodu auta. Kiedy wiązałem węzeł, na drogę wyskoczyła grupka chłopców. Było ich może z dziesięciu, w wieku od ośmiu do dwunastu lat. Biegnąc ku nam wołali: Pomożemy, pomożemy! Chwycili szybko za linę. Ja przeszedłem do tyłu, aby pchać samochód i wspólnymi siłami zdobyliśmy szczyt. Przyznam szczerze, że moja pomoc nie na wiele się zdała. To błoto było tak śliskie, że jeszcze ja przytrzymywałem się auta i mnie też dzieciaki wciągnęły na górę.

Podziękowałem chłopcom. Ksiądz Waldemar chciał się odwdzięczyć małym zuchom. Miał dużego, soczystego arbuza, którego otrzymał od swoich parafian podczas Mszy św. Zapytał chłopców czy wracają z niedzielnej liturgii. Odpowiedzieli chórem: Tak! Zaznaczyli jednak, że nie są katolikami. Ksiądz Waldemar uśmiechnął się do nich i wyciągnął w ich kierunku owoc, prosząc, aby go przyjęli jako znak wdzięczności za okazaną nam pomoc. Usłyszeliśmy: Nie! My tylko chcieliśmy pomóc! To była nasza pomoc! Wy potrzebowaliście pomocy! No cóż &ndash, ksiądz nie nalegał. Jeszcze tylko uścisnęliśmy dłonie chłopcom i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Czekało na nas jeszcze wiele zjazdów i podjazdów. Jednak szczęśliwie dojechaliśmy do tej części drogi, gdzie rozpoczyna się asfalt. Odetchnęliśmy pełną piersią. Teraz jedynie wezbrane rzeki mogą nam przeszkodzić, bo nie wszędzie są mosty.

Nagle na horyzoncie pojawiła się duża grupa ludzi, blokująca drogę. Co się tam wydarzyło? Podjechaliśmy powoli do tego miejsca. Ludzie byli bardzo podenerwowani, krzyczeli. Podszedł do nas mężczyzna i poprosił o pomoc. Powiedział, że syn przeciął matce usta nożem i bardzo krwawi. Poprosił nas, abyśmy podjechali do pobliskiego posterunku policji i powiadomili ich o wypadku oraz, aby policja zawiadomiła szpital i żeby przysłano ambulans. Ksiądz Waldemar powiedział, że możemy zabrać tę kobietę do miasta. Będzie szybciej i skuteczniej. Ludzie nie zgodzili się na to. Sądzili, że kilka osób z rodziny musi z tą kobietą jechać do szpitala. Tak tu bywa. Ruszyliśmy szybko w kierunku posterunku policji. Kiedy stanęliśmy przed zabudowaniami policyjnymi wydawało się, że tu wszyscy pomarli. Nikogo nie było widać. Na szczęście po chwili pojawiła się jakaś kobieta, a za nią szedł powoli mężczyzna. Był to policjant. Ksiądz szybko opowiedział mu historię kobiety, oczekującej na pomoc. Reakcja policjanta była typowa w tych stronach. Bardzo powoli odpowiedział: Jak sami narobili sobie kłopotu, to niech go teraz rozwiążą. Nasz samochód ma przebite cztery koła, toteż nie mogę im pomóc. Radio też jest popsute i nie mam jak powiadomić szpitala. Wzruszył jeszcze ramionami i tyle. Teraz ksiądz Waldemar zaczął zastanawiać się, co robić. Po chwili zdecydował, że wróci do miejsca wypadku, aby powiadomić ludzi o negatywnej odpowiedzi policjanta. Może dadzą się przekonać i zabierzemy kobietę do szpitala w mieście.

Ostry skręt w lewo i już mknęliśmy z powrotem. Jaka niemiła była reakcja kilku kobiet, kiedy zauważyły nasz powrót. Zaczęły przeraźliwie wykrzykiwać, że jesteśmy nieuczciwi, nie chcieliśmy pomóc kobiecie, że zostawiliśmy ją w potrzebie, że przez nas by umarła. Ze złością przypominały nam, że naszym obowiązkiem jest pomagać ludziom. Padło tez wiele wulgarnych słów pod naszym adresem. Zrobiło mi się bardzo przykro. Spojrzałem na księdza Waldemara. Przyglądał się tylko owym kobietom i nic nie mówił. W końcu podszedł jakiś barczysty mężczyzna, odepchnął na bok kobiety, spojrzał na nas i powiedział: Przepraszam, one nie wiedziały, że chcieliście nam pomóc. Przed chwilą jechał duży, ciężarowy samochód. Poszkodowaną kobietę wraz z rodziną wysłaliśmy już do miasta. Możecie jechać!

Mknąc dalej, już w promieniach zachodzącego słońca, milczeliśmy. W moich oczach przeplatały się obrazy rozkrzyczanych bezmyślnie kobiet i uśmiechniętych, małych chłopców, ciągnących z uporem samochód... My tylko chcieliśmy pomóc!

Dlaczego Maryja tak bardzo polubiła dzieci?

Ks. Andrzej Koźmiński SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei
Źródło: Horyzonty Misyjne nr 7 (2/1999)