Wichura w parafii Drukuj
Wpisany przez Ks Jan Rykała SAC   
niedziela, 15 listopada 2009 22:38

Z życia misjonarzyW ostatnią niedzielę, w nocy, nawiedziła naszą parafię wichura. Wieczorem wracałem do domu i dobrze, że nie jechałem zbyt szybko, bo kiedy wyjechałem zza zakrętu na ostatnią prostą, niedaleko kościoła parafialnego, drogę zagrodziło mi złamane drzewo. Na szczęście udało mi się wyhamować, zawrócić i okrężną drogą dojechać do domu.

Następnego ranka oczekiwała mnie jednak dalsza część historii z ostatniej wichury. Zadzwonił do mnie jeden z moich liderów z kościoła filialnego w Perigo informując mnie, że wielkie drzewo zawaliło się na kościół i są duże zniszczenia. Czym prędzej więc wsiadłem w samochód i pędzę. W głowie przechodzą mi różne obrazy: kościół zniszczony doszczętnie, częściowo itp. Wyobrażałem sobie też to drzewo, które spadło i tak dojechałem do kościoła filialnego, który jest około 5 km od kościoła parafialnego.

Zobaczyłem mnóstwo ludzi, z których część zajęta była ...

... usuwaniem zniszczeń, a inni komentowali wydarzenia ostatniej nocy. Wszyscy byli oczywiście bardzo zajęci. Bogu dzięki zniszczenia nie były aż takie duże, bo nie cały kościół lecz połowa uległa zniszczeniu. Co do drzewa, to sprawdziły się moje przewidywania.

Któryś z misjonarzy wiele lat temu przywiózł rodzaj sosny śródziemnomorskiej i zasadził. Drzewo pięknie sie przyjęło i wyrosło będąc ozdobą placu kościelnego. Przez wiele lat wytrzymywało też wichury, trzęsienia ziemi i inne rzeczy, aż do ostatniej nocy kiedy to pień pękł, a drzewo poleciało na kościół. Tam gdzie spadła korona, po dachu i belce pozostały tylko kawałki, a tam gdzie spadł pień to trochę więcej.

Przyznam, że byłem pozytywnie zaskoczony zaangażowaniem parafian i ich organizacją. Ktoś przyniósł piłę mechaniczną, inni siekiery, pod ręką były maczety. Kiedy przyjechałem korona upadłego drzewa była już obcięta. Część pogiętej blachy dachowej i połamane belki usunięte. Zabraliśmy się do usuwania głównego pnia, który kawałkami został odcinany, a reszta ściągnięta przy pomocy liny z dachu, który i tak musi być rozebrany. Po paru godzinach to co się dało zostało uprzątnięte i zabezpieczone.

Ja pojechałem na spotkanie z dziećmi pierwszokomunijnymi w miejscowej szkole katolickiej, a ludzie jeszcze ciągle debatowali między sobą. Ciekawe co z tego debatowania wyniknie. Oni na pewno będą doszukiwać się przyczyny takiej kolei rzeczy. U Papuasów nic nie dzieje się naturalnie czy przypadkowo, coś albo ktoś stoi za wszystkimi nieszczęściami. Akurat około miesiąca temu była kłótnia pod kościołem związana z dyskusją na temat kto jest właścicielem ziemi, na której stoi kościół, a co za tym idzie, kto powinien domagać się rekompensat czy odszkodowań za ziemię użytkowaną przez kościół? Gdybym szedł po linii myślenia Papuasów to wytłumaczenie samo się nasuwa: ? Kara Boża! Chcieli odebrać ziemię, którą ich przodkowie ofiarowali na kościół i na odpowiedź nie trzeba było długo czekać?. Poczekam jednak jakiś czas niech oni sami wytłumaczą jak oni to widzą i wtedy spawdzę czy miałem rację tak myśląc.

Teraz czeka nas remont. W najbliższą niedzielę mam tam Pierwszą Komunię św. Mimo zniszczeń uroczystość się odbędzie, może tylko tło do robienia zdjęć będzie odrobinę oszpecone.

Ks Jan Rykała SAC