Z dziennika majtka pokładowego Drukuj
Wpisany przez Ks. Paweł Kotecki SAC   
czwartek, 24 lipca 2008 20:17

Z życia misjonarzyCzytelnikowi, który podejmuje ryzyko na własną odpowiedzialność i pragnie przeczytać mrożące krew w żyłach przeżycia szczura lądowego, który przeobraził się w morską wydrę - kilka słów wprowadzenia.

Końcem stycznia ja, czyli Paweł Kotecki, przejąłem obowiązki proboszcza w parafii Kairiru (parafia położona na wyspach Kairiru i Mushu). A oto początki.

Dzień pierwszy. Moje szlify w żegludze dalekomorskiej :) Popływałem sobie z Darkiem (ks. Dariusz Woźniak, poprzedni proboszcz parafii Kairiru) trochę. I dobrze. Wiem chociaż o niebezpiecznych miejscach i w jakiej odległości omijać rafy. Ostatnio przyjechali po mnie ludzie z jednej wioski z prośbą bym odprawił pogrzeb osoby, która zmarła dzień wcześniej. Jak zobaczyłem, jak ryzykują rozbicie łódki ...

... pływając tuż nad rafą, która była mniej jak metr pod łódką - to szok. Wiem czego mam nie naśladować.

Dzień drugi. Docieramy mój silnik: Honda 4stroke 20HP. Opływaliśmy wioski. Ja "parkowałem" łódkę. Slalom gigant między rafami. Tylko kijków i śniegu nie ma. Nie wychodziło mi zbytnio, ale z uporem maniaka powtarzałem czynności raz po raz, aż widziałem po minie Darka, że Jemu się nudzi. Zapytałem czy miał już kiedyś tak upartego ucznia. A on na to, że nie miał ich zbyt wielu, ale z pewnością należę do najbardziej upartych - jak Kaszubi. Bądź co bądź to prawie z Kaszub jestem :)

Dzień trzeci. Z Darkiem popłynęliśmy na drugą stronę wyspy do wioski o nazwie Kuragur. Ludzie tam mieszkający nazywają to miejsce "cmentarzysko łodzi". Brrrrr.... Sama nazwa powoduje przypływ adrenaliny, gęsią skórkę i skojarzenia co może tam człowieka czekać. Szok!!!!! Kamienie, wąski przesmyk a plaży nie ma. Podpływamy. Czekamy by ludzie zgromadzili się na nabrzeżu usłanym kamieniami i głazami. Wystarczająca liczba osób przyszła. Podpływamy na średniej fali, ostrożnie, żeby łódka nie dotknęła dna bo będzie dziura. Tuż przed nabrzeżem ludzie podnoszą łódź i wynoszą ją 20 metrów na górkę. Szok. Ludzie podnieśli łódź ważącą 500kg, Darek i ja to kolejne prawie 190kg, bagaże, silnik kolejne 100kg. I tak ponad 800kg podnieśli jak piórko i przemaszerowali w górę ustawiając ją na przygotowanych drewnianych belkach. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem.

Dzień czwarty. Pod koniec wyprawy dnia dzisiejszego parkowałem łódkę w "moim porcie". Zerwał się wschodni wiatr. Silny. Fale niczego sobie. Ja prowadziłem. Już prawie parkujemy, Darek rzuca kotwicę z lewej strony, a ja z przyzwyczajenia skręcam w lewo, by potem tyłem wycofać do brzegu. Widzę jak fala znosi łódź na betonowy most. Gaśnie mi silnik. Dobrze, że był Darek przytrzymał linę z kotwicą i w ten sposób wyhamował łódź. Szok!!!! O mały włos nie uczyniłem z mojej łodzi okrętu podwodnego.

Dzień piąty. Darek ma ochotę mnie dzisiaj przeczołgać. Popłynęliśmy do woski Failau. Są dwie w miarę bezpieczne drogi dotarcia do plaży: jedna tuż nad rafą koralową o szerokości ok. 3 metrów, pod dnem kamienie i rafa, druga wzdłuż wybrzeża: między rafą od morza a klifem na wybrzeżu. Mój taniec na falach przypominał bardziej break-dance niż poloneza. Szok. Przepłynąłem. Byłem z siebie dumny. Kapitan Darek się tylko uśmiechnął.

Dzień szósty. Niedziela. Płyniemy do wioski Sup. Darek miał po mnie przypłynąć pod dom o 8 rano (nie trzymam jeszcze łódki w garażu tylko 5 km od domu, na fermie kurzej, traktor nie gotowy i nie ma wózka by wyciągnąć łódź z wody i zawieźć ją do domu, a kradzieże łodzi i silników są częstym aktem więc nie ma co ryzykować). Przypływa Darek o umówionej porze i mówi: wsiadaj, odpalaj silnik i jedziemy szybko bo burza nadciąga, ale rób "co trza" bo będę krzyczeć. No i rozpętała się ulewa. Nic nie widziałem dalej jak na 3 metry, przesmyk wąski, okulary zaparowane i zalane wodą, wiatr zapierał dech w piersi - nie wiedziałem gdzie jestem, woda w łódce sięgała po łydki i nie było czasu by ją wychlapać. Darek mówi - skręcaj tu, skręcaj tam. Aż w końcu mówię - lepiej Ty poprowadź, bo się rozbijemy. Przebrnęliśmy ulewę no i Darek mówi - teraz już widać więc prowadź ty. A tu wiatrzysko się zerwało i prawie 1,8 m fale. Szok!!!!! Odcinek, który można pokonać w 15 minut płynęliśmy prawie godzinę. Wciąż żyję.

Zakończenie:
Z powodu zachlapanych kartek w "Dzienniku majtka pokładowego" (czy to z powodu fal morskich czy to łez - wszak i jedne i drugie są słone) niemożliwym wręcz się staje odszyfrowanie pozostałych zapisków tam też dokonanych. Z ostatnich doniesień majtek pokładowy przesunął się w szczeblu hierarchii stopni marynarskich, miewa się dobrze i pływa już sam wciąż tą samą łódką.

Ks. Paweł Kotecki SAC (czy już wilk morski???)