Na papuaskich drogach Drukuj
Wpisany przez Br. Janusz Namyślak SAC   
środa, 02 sierpnia 2006 07:57

Z życia misjonarzyPodczas urlopu, który spędzałem w Polsce, wielu moich znajomych, przyjaciół, a szczególnie najbliższa rodzina, zadawało mi sporo pytań. Niektóre z nich dotyczyły życia i obyczajów tutejszych ludzi. Ale były też pytania dotyczące mojej pracy.

W kraju bracia często pracują w zakrystii, ogrodzie, administracji, na furcie lub jako organiści. Moja praca w Papui Nowej Gwinei jest zupełnie inna.

Tutaj nie ma czegoś takiego jak furta, administracja czy uprawianie warzyw w ogrodzie. Moja praca jest zdecydowanie bardziej pastoralna. Polega na prowadzeniu nabożeństw w niedziele i święta, adoracji Najświętszego Sakramentu, katechezy w szkole, rekolekcji dla różnych grup działających w parafii, szkoły do sakramentów (chrztu, bierzmowania i małżeństwa), zanoszenie Komunii św. chorym w szpitalu, opieka ...

... nad ministrantami itp. Pracy jest wiele. Ale i sporo satysfakcji, iż mogę realizować swoje powołanie misyjne.

A oto jeden z aspektów mojej pracy.

Kiedy byłem jeszcze na wprowadzeniu w Turinghi ks. Krzysztof wysłał mnie do Bimy, abym przeprowadził nabożeństwo niedzielne. W niedzielny ranek wcześnie wstałem, żeby spakować potrzebne rzeczy, napić się kawy - i w drogę. Wraz ze mną pojechały dwie osoby. Zawsze to bezpieczniej.

Do pokonania mieliśmy jakieś 25 kilometrów. Pierwszy samodzielny wyjazd. Serce biło mocno. Zaledwie po niecałych dwóch kilometrach trzeba było sforsować most w, w którym brakowało sporo desek. Dzięki Bożej pomocy udało się przejechać. Podobnie było na dalszej trasie. Po prawie godzinnej jeździe dotarliśmy do Bimy. Ludzie już czekali w kościele. Zacząłem Lotu - nabożeństwo. W buszu nie ma mikrofonu, więc trzeba bardzo głośno mówić. Wszystko jest tak, jak podczas Mszy św., tylko nie ma konsekracji i błogosławieństwa. Komunia św. jest udzielana, bowiem zabiera się ze sobą cyborium z hostiami konsekrowanymi.

Po zakończonej liturgii wracamy do domu. Zaczął padać deszcz. Z obawą myślałem o drodze - buszowej i do tego gliniastej - będzie źle. Po deszczu samochód ma małą przyczepność. I moje obawy potwierdziły się. Kiedy zjeżdżaliśmy z górki, samochód zaczął "tańczyć". Sytuacja stała się nieciekawa. Rzucało nami od baretu do baretu (koleiny). Zacząłem się modlić. Nareszcie samochód zaczął mnie "słuchać". Do domu już niedaleko. Jeszcze tylko dziesięć kilometrów. Udało się. Wróciliśmy zmęczeni, ale szczęśliwie.

Często, jadąc do wiernych w buszu jesteśmy narażeni na niebezpieczeństwa z powodu braku dróg.

Innym razem jechałem do Mandi. Miałem tam odprawić nabożeństwo w Niedzielę Wielkanocną. Byłem mile zaskoczony ciepłym przywitaniem. Ustaliliśmy przebieg liturgii. Podszedł jeden z liderów i powiedział: "Mamy przygotowane wszystkie procesje i chcemy też brata przyozdobić piórami z rajskiego ptaka. Czy zgadzasz się?". Oczywiście zgodziłem się. Muszę przyznać, że naprawdę przygotowali piękne tańce i śpiewy, które były wykonywane podczas procesji. Byli bardzo wdzięczni za przyjazd i przeprowadzenie nabożeństwa. Na zakończenie ofiarowali mi piękny bilum, taki jaki noszą kobiety papuaskie.

I w takich sytuacjach już nie pamięta się o trudach drogi.

Br. Janusz Namyślak SAC