Pallotyni na bezludnej wyspie Drukuj
Wpisany przez Redakcja PNG   
poniedziałek, 19 czerwca 2006 19:14

Z życia misjonarzyNo, wszak do Robinsona Crusoe, który spędził ładnych parę lat na niezamieszkałej wyspie to jeszcze nam daleko, ale dzień spędzony na niezamieszkałym zakątku Papui Nowej Gwinei to niecodzienność.

Mamy zwyczaj, że co dwa miesiące spotykamy się na dniu skupienia. Każdy z nas prowadzi ten dzień raz w roku. A że jest nas 6 (jak na czas obecny) to nikt się nie wykręci. W czerwcu ten zaszczyt przypadł Darkowi (ksywa "Marynarz"), który zaoferował się, że zawiezie nas na ...

... bezludną wyspę. Rozpoczęliśmy Mszą świętą w kaplicy w Boram z kazaniem wygłoszonym przez Darka.

Obawialiśmy się, że aura i fauna na wyspie nie będzie sprzyjała medytacji i modlitwie - zaciągało się na deszcz. Po Mszy św. szybka decyzja: płyniemy czy nie. Do odważnych świat należy i tak się stało: zdrowi "zapakowali" się na Darka łódź, chorzy (Krzysiek miał tropikalnego wrzoda na nodze, którego kurował - czyt. dokarmiał antybiotykami) zostali w domu.

Już podczas drogi niebo zasnuło się ciemnymi chmurami i pierwsze strugi deszczu przemoczyły nas do suchej nitki. Chwila przerwy i podczas odpoczynku na wyspie - przemoczyło nas tru tru (czyli naprawdę). Wiało, lało, waliło piorunami, do domu daleko, rekiny pływające obok "zaparkowanej" łódki, jadowity wąż morski pod łódką pośród rafy koralowej...

Cóż jeszcze nam mogło nam przydarzyć? Chyba to, że jesteśmy "pociągający". I nie mówimy tu o wyglądzie, ale katar nas dopadł. Aż dziwne, że w temperaturze 28 stopni Celcjusza, podczas cieplutkiego deszczu, można się tak łatwo przeziębić. Ale żyjemy.

 

A wspomnienia i emocje z naszej wyprawy równie żywe pozostaną z nami na długi czas.

 

 

 

Ks. Paweł Kotecki SAC