15 lat pracy misyjnej polskich Pallotynów w Papui Nowej Gwinei Drukuj
Wpisany przez Ks. Krzysztof Morka SAC   
poniedziałek, 14 marca 2005 20:16

Z życia misjonarzyWarto po tych 15 latach zapytać co było na początku - czy to była chęć przygody dla niektórych czy może forma zaistnienia naszego zgromadzenia w innej części świata czy też to była głównie wola Boża.

A zaczęło się od tego, że biskup Kalisz, mający już w swojej diecezji kilku polskich księży, werbistów, szukał księży, których w Papui Nowej Gwinei było zdecydowanie za mało. Przyjechał w latach 80-tych (1985) do Polski, by odwiedzić rodziny pracujących tu polskich misjonarzy. Pewnie wpłynął też na to fakt, iż jego rodzice pochodzili z Polski i po trosze czuł się Polakiem. Znał też dosyć dobrze język rodziców, aczkolwiek był to tylko język potoczny.

W Polsce zobaczył, że księży jest wielu i zaczął szukać chętnych do podjęcia pracy misyjnej w jego diecezji. Ktoś zasugerował mu, by pojechał do pallotynów, którzy są w Warszawie przy Dworcu Wschodnim. No i pojechał. Spotkał się z ówczesnym prowincjałem, od którego pewnie uzyskał obietnicę, iż jeśli ktoś zgłosi się, to pallotyni pomogą. Chyba w 1986 r. Prowincjał i Sekretarz d.s. Misji pojechali ...

... na rekonesans. Po powrocie odbyło się w naszym seminarium spotkanie, na którym prowincjał opowiadał o potrzebach, o sytuacji - nie tak do końca rzeczywiście, bo co mogli tam w ciągu kilku dni doświadczyć i zobaczyć. Akcentował potrzebę pomocy.

Wtedy wraz z Marianem Wierzchowskim, byliśmy już chyba diakonami, i - wprawdzie Marian chciał jechać gdzie indziej, ale pod moją namową zmienił decyzję - zgłosiliśmy chęć wyjazdu do PNG. Trochę popracowaliśmy w Polsce i w końcu, w lutym 1989 r., wyjechaliśmy do Australii, gdzie uczyliśmy się języka. Zaaklimatyzowanie się i pobyt stanowiło spory szok (a co dopiero w Papui). Po niemal roku przyjechali Prowincjał oraz Sekretarz d.s. Misji i 30 stycznia 1990 r. polecieliśmy z Melbourne do Port Moresby - stolicy kraju, a stamtąd 1 lutego do Wewak.

Jak było od samego początku, to jedynie Pan Bóg wie. Naprawdę nie było łatwo i chyba tylko dzięki temu, że nie mieliśmy wyidealizowanych marzeń, przeżyliśmy mniej rozczarowań. Rozpoczynaliśmy pracę misyjną zdani obaj na łaskę Boga, pod opieką księży pracujących od wielu lat w tamtej diecezji. Zaczynaliśmy z sumą 1700 kina, co nie wystarczyłoby na bilet powrotny nawet dla jednego, gdyby się coś stało.

Przede wszystkim każdy z nas musiał znaleźć swój sposób, żeby tam żyć, a to w zetknięciu z tamtejszą, prymitywną, kulturą nie było łatwe. Zawsze zaskakiwało coś nowego. Jeszcze teraz, po 15 latach, mogę powiedzieć, że wciąż jest wiele rzeczy, sytuacji, które zaskakują i wobec których człowiek jest bezradny i bezsilny.

Umacniając się wzajemnie, z pomocą Bożą, przebrnęliśmy 6 tygodni nauki języka pidgin. Później zostaliśmy skierowani na tzw. wprowadzenie do księży, pracujących na stacjach misyjnych od wielu lat. Każdy z nas trafił gdzie indziej, każdemu towarzyszyły inne doświadczenia. Byliśmy z misjonarzami z innych krajów, mówiących innym językiem, nie mając właściwie kontaktu ze sobą przez 8 miesięcy. Ale jakoś Pan Bóg nami szczęśliwie pokierował.

W listopadzie otrzymaliśmy od biskupa Kalisza propozycję, żeby przejąć, jako pallotyni, jedną parafię w Wewak. A ponieważ była perspektywa, że przyjdą następni i dom parafialny mógłby stać się bazą dla pallotynów - propozycja została przyjęta. Znowu zderzyliśmy się z lokalną mentalnością - my, zgodnie z naszą polską naturą, ucieszeni perspektywą "własnego" dachu nad głową, zabraliśmy się od razu do pracy, ale ksiądz, który przed nami obsługiwał tę parafię pozostawił swoje rzeczy i kompletnie mu nie przeszkadzało, iż leżą tam już od kilku miesięcy. Wielokrotnie prosiliśmy, żeby zabrał to, co jego, bo w tym pomieszczeniu chcieliśmy zrobić kaplicę (jako pierwsze pomieszczenie w domu). W końcu spakowaliśmy wszystko i powiadomiliśmy go o tym - no i zaczęła się wielka awantura, bo jak to, oni przyjechali i wyrzucają kogoś (pomijam już fakt, że jego nowe miejsce pobytu, gdzie przeniósł się - niestety bez sporej części swoich rzeczy - przed naszym przyjazdem, było w odległości kilku kilometrów). Nie było ważne, że ćwiczył naszą cierpliwość przez kilka miesięcy.

I zaczęliśmy. Ks. Marian został proboszczem, ja mu pomagałem. Próbowałem też pracować z młodymi chłopakami, myśląc o przyszłych powołaniach. Jednakże motywacja ze strony chłopaków, poznanie ich mentalności oraz ocena sytuacji zmusiły nas do rezygnacji z tych planów. Nie byliśmy też przygotowani od strony materialnej. Przełożeni, podczas pierwszej wizytacji, zgodzili się z nami. Jako jedyny cel naszej pracy przyjęliśmy pomoc pallotynów polskich lokalnemu Kościołowi, biskupowi tej diecezji, na miarę swoich możliwości.

Pracujący w PNG polscy werbiści udzielili nam cennej wskazówki "chcąc tu być misjonarzem trzeba zdobyć 3 zasadnicze cechy: pierwsza - cierpliwość, druga - cierpliwość, trzecia - cierpliwość. I to prawda. Przy tym musieliśmy się wyzbyć lęku o siebie. W Wewak było dużo napadów i jak ktoś pukał o 2-3 w nocy, nie było wiadomo czy czegoś potrzebował czy to rabuś. Bałem się też, że skradną mi takie maleńkie radio tranzystorowe, które dostałem przed wyjazdem z Australii od pewnej polskiej rodziny.

Niewiele miałem oprócz tego, ale ciągle chodziłem podejrzliwy, zalękniony, spięty. Kilka miesięcy trwało, nim wyzbyłem się lęku o to, co mam, a nawet strachu o własne życie. Teraz uważam, że Pan Bóg uczył nas przez niektóre fakty, jak stać się wolnym, żeby tu żyć i pracować. Myślę, że każdy z misjonarzy musi przejść taką wewnętrzną metanoię, by się odnaleźć w misyjnej rzeczywistości. Trzeba było także, w walce z samym sobą, zmienić polski styl życia, nawet jako księdza czy zakonnika, i znaleźć odpowiedni modus vivendi. Kosztowało to dużo nerwów, bo ciągle towarzyszyły wyrzuty sumienia, że coś powinno być zrobione tak, ale nie wychodzi, jak to zrobić dobrze, a jednocześnie zgodnie z zasadami duchowości czy zasadami pracy księdza. Nie było to łatwe - przestać patrzeć na życie tu polskimi kategoriami życia duchowego, przemienić się zgodnie z wolą Bożą, zgodnie z Jego prawem. Wszystkim tym przemianom towarzyszył niepokój sumienia.

Niektórzy księża chcieli nam pomóc, prowadząc niemal za rączkę, byśmy stali się ich wiernymi naśladowcami. Na szczęście, z Bożą pomocą, szybko dojrzeliśmy do życia misyjnego i mogliśmy podjąć samodzielną pracę.

Po roku dołączył do nas ks. Andrzej Koźmiński, też po nauce w Australii. Ponieważ byłoby nas 3 w jednym miejscu, a wokół było wiele stacji bez księży, wspólnie z przełożonymi, postanowiliśmy przyjąć stację nad Sepikiem, w Marui. Pamiętam doskonale, jak jechałem tam w Środę Popielcową, rozklekotanym Suzuki. Zapakowałem to, co wydawało mi się niezbędne do samodzielnego życia i wyposażony w instrukcję biskupa: "Jedź tam, jedź, jedź, a potem ci ludzie powiedzą, gdzie jest stacja". I jechałem, ok. 170 km. Po drodze zatrzymałem się na stacji werbistów - Polaków, gdzie był na wprowadzeniu ks. Piotr Czerwonka, a potem jechałem dalej, aż w końcu zatrzymałem się w maleńkiej osadzie przy drodze, która, jak się okazało, leżała już na terenie przynależącym do "mojej" stacji.

Przejechałem jeszcze kilkanaście kilometrów i wieczorem byłem na miejscu. Miał tam być lokalny diakon, ale jeszcze nie wrócił z patrolu. Drzwi były pozamykane. Już szykowano mi siatkę (moskitierę) w jakiejś chałupie, bym tam przenocował, kiedy wrócił diakon. Przeszliśmy więc do domu i tak rozpoczęła się praca nad Sepikiem - do obsługi były 4 parafie. Mniej więcej po roku dołączył do mnie ks. Piotr. Podzieliliśmy pracę tak, że ja obsługiwałem "to, co na wodzie" czyli parafie Marui i Kapaimari, a ks. Piotr, "to, co na lądzie", czyli Burui i Turembi. Mniej więcej w tym samym czasie ks. Andrzej przejął stację Turinghi (wcześniej przez wiele lat był tam diakon lokalny, ale z rodziną).

Byliśmy już więc w 3 miejscach. Myśleliśmy, że przydałby się jeszcze ktoś do Boram, bo tam do obsługi są hektary. Papuaskie parafie są duże - to dla kapłana wiele kilometrów do przejścia czy przejechania.

Dołączył do nas ks. Jurek Suszko, następnie ks. Darek Woźniak i ks. Jasiu Rykała oraz ks. Jacek Bilik. Wyjechał do Australii ks. Marian Wierzchowski, a kilka lat później opuścił nas ks. Andrzej Koźmiński.

Ponieważ na Sepiku klimat dla Europejczyków jest dość zabójczy pomyśleliśmy, że dobrze byłoby, gdybyśmy mieli stację w górach, bo wtedy każdy z nas będzie mógł na trochę zmienić klimat na zdrowszy. Pracowali tu: ks. Jan Rykała i ks. Jurek Suszko, a po jego wyjeździe ks. Jacek Bilik. Nie była to jednak zbyt fortunna decyzja, m.in. dlatego, że byliśmy rozbici: tam 2, tu 3 czy 4. Utrudniona była komunikacja. Toteż jak wygasł kontrakt, Jasiu Rykała zgasił światło w Naragaymie i wszyscy znaleźliśmy się w diecezji Wewak.

W 2002 r. dołączył do nas brat Janusz Namyślak, a rok później ks. Paweł Kotecki. Gdyby wszyscy pozostali trochę tej diecezji objęlibyśmy swoją pracą. Obecnie ks. Piotr obsługuje Ulupu, ks. Jacek Romę i Warabung, ks. Darek - Kairiru, Muszu i 9 innych wysepek, przynależących do tego terenu, ks. Paweł i br. Janusz parafię w Boram, a mnie pozostało Turinghi.

Jeżeli chcielibyśmy otrzymać rzetelny obraz tych 15 lat pallotyńskiej pracy misyjnej w PNG musiałby się wypowiedzieć każdy z nas, bo każdy musiał się tu odnaleźć, każdy ma inny charakter, inne doświadczenia. By tu żyć i robić coś dobrego każdy musiał znaleźć własne formy pracy i radzenia sobie z trudnościami.

Jako pallotyni z Polski tam, gdzie pracowaliśmy i pracujemy jesteśmy akceptowani, To co robimy jest tym, co powinniśmy robić, idąc za głosem powołania misyjnego, a więc chyba jest tym, co Pan Bóg chce byśmy robili, a nie postępowaniem po to, by się spodobać ludziom. Nie brak trudności, nawet wypływających z nas. Ale ludzie mile nas wspominają jako pasterzy i to właśnie daje nam największą satysfakcję. Pracujemy na miarę swoich możliwości czy zasobów sił i chyba dlatego jesteśmy dość dobrze odbierani przez ludzi. W ostatnich latach jesteśmy nawet zauważani przez innych księży w diecezji, którzy postrzegają nas jako tych, którym jeszcze chce się coś oryginalnego robić, tzn. pewne akcje, pewne prace pastoralne staramy się robić we współpracy z ludźmi, z pożytkiem dla nich, dla ich życia wewnętrznego, duchowego.

Nawiązując do postawionego na początku pytania - robimy, na ile potrafimy, to czego Pan Bóg od nas oczekiwał. Myślę, że każdy z nas ma poczucie dobrze wypełnianego obowiązku, że każdemu z nas towarzyszą takie znaki, z których widać, że to co robimy, to jest wola Pana Boga. Bo chociaż niejednokrotnie "podpieramy się nosami", to jednak odczuwamy satysfakcję, kiedy w zachowaniach ludzi można zauważyć, że coś dobrego po nas pozostaje.

To jest kraj, gdzie wszystko może się zdarzyć niespodziewanie. Nowy biskup, pracujący tu od 30 lat stwierdził, obejmując diecezję, że być może za 5-6 lat nie będzie potrzebował misjonarzy, bo będzie miał swoich księży. Po dwóch latach widać, że jeszcze daleko do realizacji jego zamierzeń i nie wiadomo, czy nie poprosi, by przysłać więcej księży. Ale jeśli uzna, że ma dość swoich księży, w każdej chwili możemy powiedzieć z czystym sercem: dziękujemy, dobrze, że razem pracowaliśmy - niech będzie chwała Panu Bogu i wyjechać. Ale mam przeczucie, że jeszcze długo będziemy potrzebni temu Kościołowi. A w swojej pracy, niezależnie od okoliczności, kontynuujemy to, co zaczęliśmy przed 15 laty.

Ks. Krzysztof Morka SAC