Bożonarodzeniowe przeżycia początkującego misjonarza Drukuj
Wpisany przez Br. Janusz Namyślak SAC   
niedziela, 06 marca 2005 20:32

Z życia misjonarzyKiedy dwa lata temu, w połowie listopada, przybyłem do Papui Nowej Gwinei, wszystko było nowe i choć pilnie słuchałem opowieści misjonarzy przyjeżdżających do kraju, wiele mnie zaskakiwało i zadziwiało.

Bardzo szybko przeżywałem swoje pierwsze świętowanie Bożego Narodzenia na misjach - ok. 10 grudnia. Spytacie: "dopiero zaczął się Adwent, a tu już Boże Narodzenie?". A tak, bo okres przed świętami i same święta to dla misjonarzy czas bardzo intensywnej pracy, by odwiedzić jak najwięcej wspólnot w tym czasie.

Spotkaliśmy się więc na tzw. polskiej Wigilii, na którą przyjechali polscy misjonarze z , całej diecezji Wewak, a także z sąsiednich - zebrało się nas 12. Były tradycyjne polskie ...

... dania (w miarę możliwości), przygotowane zwykle przez księdza, który w danym roku organizuje spotkanie. Tym razem gotowała pani Katarzyna Malarz, świecka misjonarka, więc potrawy były pyszne (np. barszcz czerwony pieczołowicie przywieziony z Polski).

Zaczęliśmy od modlitwy i dzielenia się opłatkiem (oczywiście przywiezionym z Polski) i dobrymi życzeniami. A po kolacji śpiewaliśmy tradycyjne polskie kolędy. Ks. Jan Rykała przygrywał na gitarze. Po tym spotkaniu każdy pojechał na swoja placówkę, by przygotować parafian na narodzenie Syna Bożego.

W tym samym roku przeżywałem drugą Wigilię, tym razem we właściwym terminie. Byłem na tzw. wprowadzeniu (okres poznawania kraju, języka i pracy) w Romie, u ks. Krzysztofa Morki. Jest to parafia w buszu.

Wigilię przygotowaliśmy sami - było 12 dań, zgodnie z tradycją, choć niekoniecznie tradycyjnych, np. cebula, jajko, śledzie z puszki. Był oczywiście opłatek. Zaprosiliśmy przewodniczącego rady paafialnej i pracownika pastoralnego, który pod nieobecność księdza opiekuje się domem. Po złożonych życzeniach, kolacji, śpiewaliśmy kolędy po polsku i w pidgin, a ok. 23.00 była pasterka.

Moja pierwsza pasterka przeżywana w buszu, na placu przykościelnym.

W ciągu dnia ludzie, głównie mężczyźni i młodzież, przygotowali plac, porobili piękne dekoracje i szopkę, którą z kolei udekorowały dziewczyny. Figurki, wys. 20 cm, zostały przywiezione z Polski, podobnie jak te, które umieszczone zostały w szopce wewnątrz kościoła. Szopka została usytuowana na lekkim wziesieniu - stoi przy niej lampa naftowa, która pali się przez całą noc, jako symbol światła Chrystusa. Brakowało tylko tradycyjnych polskich choinek.

Byłem zdziwiony, że o tak późnej porze przyszło tyle ludzi (ok.1000), także młodzieży i dzieci (niektóre zasypiały podczas kazania na kolanach matek). Zadbano o godną oprawę tego wielkiego wydarzenia. Po raz pierwszy mogłem zobaczyć Papuasów w tradycyjnych strojach oraz wspaniałe tańce liturgiczne, wykonywane przez grupy z różnych wiosek, ze śpiewem w ich lokalnych językach.
Ludzie z każdej wioski byli inaczej ubrani - to bogactwo barw było widoczne nawet przy lampie naftowej, która rozjaśniała mrok. Podczas Mszy św. są wykonywane 4 tańce:
- wprowadzenie księdza do ołtarza,
- wniesienie Pisma św., które ksiądz odbiera, błogosławi, a następnie wyznaczone uprzednio osoby czytają kolejne czytania i śpiewają psalmy,
- ofiarowanie,
- zakończenie Mszy św., już po błogosławieństwie, i procesyjne wyjście -odprowadzenie księdza.

Te tańce, śpiewy to nie tylko wyraz ich kultury, ale także sposób modlitwy - zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie, które na długo pozostanie w pamięci.

Papuasi są bardzo otwarci na Chrystusa, na Słowo Boże. Potrzebują jedynie dobrego kierownictwa, dobrych kapłanów, dobrego przygotowania świeckich liderów przez kapłanów, gdyż jest wiele wiosek, wiele filii, do których kapłan nie zawsze może dojechać. Bywa raz w miesiącu, lider jest na miejscu. Wybiera go wspólnota, musi ukończyć specjalne kursy, uzyskać uprawnienia od ks. biskupa. Może głosić Słowo Boże, prowadzić nabożeństwa niedzielne, liturgię słowa na Boże Narodzenie czy Triduum Paschalne pod nieobecność księdza.

Po roku mojej nauki języka podjęto decyzję, bym pojechał do Romy, gdzie nie było księdza, i samodzielnie przeprowadził nabożeństwo bożonarodzeniowe. Szczęśliwie tak się złożyło, że dojechał do nas ks. Paweł Kotecki i chociaż nie znał jeszcze za dobrze języka, mógł odprawić Mszę św. Pojechaliśmy więc obaj - by się uzupełniać - i dzięki temu wierni z Romy mieli pełną liturgię świąteczną. Tym razem, ze względu na pogodę, wszystko odbywało się w kościele, nie mniej pięknie niż przed rokiem. Zdumiewało mnie, jak pod nieobecność księdza, potrafili się wspaniale zjednoczyć i wszystko tak dobrze zorganizować. Ze wzruszeniem słuchaliśmy podziękowań, że przyjechaliśmy i że została odprawiona uroczysta Msza św.

Następnego dnia wybieraliśmy się do kolejnej wioski. W nocy była potężna burza i ulewa. Dotarła do nas wiadomość, że most został uszkodzony. Byliśmy samochodem terenowym, załadowaliśmy więc grube deski i wyruszyliśmy. Okazało się, że dziura jest duża, a miejscowi ludzie, którzy nieco ją połatali, żądają wcale nie małej opłaty za przejazd. Nie wzruszało ich, że jedziemy odprawić Mszę św. Potrzebny był mały szantaż, by trafić do ich mentalności. Jeśli wy każecie nam płacić, żebyśmy mogli dojechać i odprawić Mszę, to wy będziecie musieli płacić, jak będziecie chcieli, żeby was zawieźć do ośrodka zdrowia i za leki w naszych ośrodkach. Podyskutowali między sobą i pozwolili nam jechać za kilka papierosów. Udaliśmy się więc do Warabung - i tam przyjęto nas bardzo serdecznie, z radością, że będzie Msza św., do której także tu przygotowano piękną oprawę liturgiczną. Uczestniczyliśmy także w świątecznym spotkaniu z mieszkańcami wioski.

Po powrocie do Boram dzieliliśmy się ze współbraćmi swoimi wrażeniami.

Br. Janusz Namyślak SAC