Piekarnia w buszu Drukuj
Wpisany przez Ks. Piotr Czerwonka SAC   
niedziela, 06 marca 2005 19:30

Z życia misjonarzyMoja parafia to Ulupu - przepięknie położona, na górzystym terenie. Rzec można powróciłem tu, bo w czasie, gdy zaczynałem zdobywać misjonarskie szlify tutaj byłem na wprowadzeniu. Stacja leży mniej więcej na środku parafii. Należy do niej 8 wiosek (pozostałe nie są wioskami katolickimi).

Kościół ucierpiał nieco podczas trzęsień ziemi. Porobiły się rysy i dziury, tak że obawiałem się, iż może zawalić się cała ściana. Przy stacji znajduje się ośrodek zdrowia, w którym jest miejscowy personel pielęgniarz z żoną i 5 pielęgniarek. Po przeciwnej stronie jest 8-klasowa szkoła katolicka. Większość nauczycieli pochodzi z tej wioski i to stanowi pewien problem, gdyż zamiast zajmować się dziećmi pilnują swoich "biznesów". W tej okolicy uprawia się kakao i wanilię. Teraz są dobre ceny, toteż nauczyciele wolą pilnować upraw niż uczyć dzieci. Gdyby mieli pola gdzieś daleko nie zaniedbywaliby swoich obowiązków. Szkolnictwo jest płatne, choć politycy ...

... zapewniali, że nauka będzie za darmo. To też złości rodziców. Przekonywałem dyrektora i nauczycieli, by na koniec roku szkolnego przygotowywali raport, a wtedy będzie jasne na co wydane są pieniądze ludzi. Wiele osób nie ma pieniędzy, by opłacać naukę dzieci.

Przez parafię płynie rzeka, która dzieli ją na dwie części. W każdej części mieszkają inne klany. Jeśli jest jakiś konflikt, to zwykle łączą się te po jednej stronie. Opowiadano mi, że wtedy po Mszy św. jedni drugich straszą dzidami. Na szczęście teraz jest spokój.

W naszej parafii działa m.in. grupa "Kobiety katolickie", należące do niej kobiety spotykają się i uczą się szyć, gotować, niekiedy nawet czytać i pisać, wspólnie modlą się. Spośród nich wyodrębniła się grupa wdów, zwana Katolickie Matki. Są to wdowy, które same muszą utrzymać siebie i dzieci. Grupę tę założył mój poprzednik. On też wpadł na pomysł nauczenia tych kobiet wyrobu chleba. Kupił im beczkę po paliwie. Bracia z lokalnego zgromadzenia zespawali ruszt i wmontowali go, przyspawali nogi - to był piekarnik, pod którym paliło się ogień. Kobiety piekły i sprzedawały chleb. Akurat kiedy tam "nastałem" beczka się przepaliła. Cóż było robić - dałem kobietom jedną z dwóch beczek, które mieliśmy na paliwo. Pojechaliśmy do braci, żeby zrobili ...

... nowy piekarnik. Prosiłem, żeby dodatkowo od zewnątrz zabezpieczyli piekarnik blachą, żeby był trwalszy. Ustawiliśmy nowy nabytek w "grajdołku" za salką katechetyczną, gdzie kobiety mają też palenisko, na którym gotują. One spotykają się co czwartek, pogadają, pomodlą się, a potem robią chleb. Ich "szefowa" była kiedyś u sióstr i tam nauczyła się piec i gotować - teraz uczy inne kobiety. Będąc w mieście kupuję im mąkę i drożdże. Zysk ze sprzedaży należy do nich. Ja też jestem ich klientem i zawsze mam świeży chleb (nie muszę jeść sucharów!), tym bardziej, że mam lodówkę. Ich pieczywo kupują też nauczyciele. Na czas egzaminów w szkole otrzymały zamówienie na 200-300 bułek i dżem z ananasa i popo, który robi jedna z nich.

Ja też zacząłem robić dżem, razem z bratem Januszem, który przebywał tu i wspomagał mnie swoja pracą, szczególnie w pracach remontowych. Niedaleko domu rośnie dzika wiśnia. Jej owoce są małe, ale (po zagotowaniu) przecieraliśmy je przez sitko, żeby pestki zostawały. Dodaliśmy cukru - dżem wyszedł świetny!

Pokazałem też kobietom jak się robi placek drożdżowy (dziękuję, mamo, za naukę!). Pierwszy zrobiłem dla siebie i jak okazał się jadalny poczęstowałem i pokazałem jak robić. Myślimy, żeby upiec kilka placków na święta - może ktoś kupi. To jednak trochę droższe niż chleb.

Przy okazji zostałem "bankiem", kobiety, bojąc się swojej rozrzutności, prosiły, żebym odkładał dla nich część zysku ze sprzedaży. W ten sposób uzbieraliśmy na opłatę za szkołę. Gdyby każda wzięła swoją część, 3-5 kina, roztrwoniłaby na głupstwa, a tak jest z tego jakiś pożytek.

Kobiety zajmują się też szyciem i wyrobem siatek, pomagają mi w utrzymaniu porządku na stacji.
Ta grupa tak ładnie działa, że w innych wioskach postanowiono ją naśladować. No cóż, trzeba kupić te piekarniki...

To przykład jak pomagać tym ludziom - uczyć ich jak można samemu sobie radzić, jak gospodarować osiągniętym zyskiem. I tylko w tę naukę trzeba zainwestować! Ale korzyść z tego tym większa, że dzieci tych kobiet mogą się uczyć. To właśnie jeden z większych problemów Papui - szkolnictwo. Nauka małego dziecka - opłata 40 kina, starszego - 80 kina, w ostatnich klasach - 250 kina.

Oby "piekarnia" matek prosperowała jak najlepiej!

Ks. Piotr Czerwonka SAC