Jak rzeka ludzi odwiedziła Drukuj
Wpisany przez Ks. Dariusz Woźniak SAC   
piątek, 04 marca 2005 23:09

Z życia misjonarzyDrodzy Czytelnicy "Horyzontów Misyjnych" - choć już dawno po świętach, ale z końca świata trudno zdążyć na czas, więc parę słów o świętach obchodzonych egzotycznie.

Tuż przed Wielkim Postem Sepik - największa rzeka Papui Nowej Gwinei - powodowana swym przyjacielskim nastawieniem do człowieka, postanowiła odwiedzić ludzi w ich domostwach. Wody opuściły koryto rzeki i rozlały się wokoło. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyż robi to często. Tyle tylko, że tym razem Sepik okazał się bardziej "wylewnym" niż zwykle. W niektórych miejscach woda wdarła się w głąb lądu nawet do kilku kilometrów. Niestety, po drodze napotkała kościół, plebanię i to wszystko, co nazywa się "stacją misyjną" w Kanduanum. Najpierw woda opasała wszystko, a po kilku dniach była już tylko woda. Widok z okien domu prawie jak z Arki Noego.

Bezpardonowo wody Sepiku spacyfikowały kościół i cicho sobie furkocząc popłynęły jego środkiem. W niedzielę ludzie stali na ławkach, ale już tydzień później trzeba było wynieść ławki, a wierni wpłynęli do kościoła na swoich, wydłubanych w pniach drzew, kanu.

Czekaliśmy na poprawę, ale wody ...

... przybywało. W Niedzielę Palmową kościół przypominał wielką, zieloną, pływającą wyspę. W górze wspaniałe zielone gałęzie palm, falujące w rytmie poruszanych przez nurty wody łódek, w których siedzieli wierni, a w dole płynąca woda.. Mniej wesoło miał ksiądz (czyli ja), bo nie dało się łódki zaparkować przy ołtarzu. Optymizm jednak nikogo nie opuszczał. Wszyscy mieli nadzieję, iż w święta będzie dobrze - choćby nawet - po wodzie. I tak się też stało.
W Wielki Czwartek celebrowaliśmy stojąc w drewnianych łupinach, a proboszcz stał w wodzie. Zabrakło tylko tradycyjnych strojów i procesji z tańcami oraz umywania nóg. Tym razem Sepik nas zastąpił.

Droga Krzyżowa Wielkiego Piątku wiodła przez wieś, a ludzie podawali sobie krzyż z kanu do kanu, by tak dopłynąć do samej świątyni. Około pięćdziesięciu kanu - pełnych ludzi, zgromadzonych wokół stacji - unoszonych nurtem sepikowskiej powodzi, kołysało się w rytm fal i pieśni wielkopostnych.

Sobotnia noc pokazała, że ogień można rozpalić nawet na wodzie. Parafianie popisali się pomysłowością i zbudowali pięciometrowe ognisko na falach, którego płomienie świeciły podczas obchodów Wigilii Paschalnej. Wraz ze służbą liturgiczną stałem w wodzie, sięgającej bioder, sprawując obrzędy liturgii światła, zaś procesja ze świecami i pochodniami pośród ciemnej nocy była imponująca, ale jednocześnie mokra - przynajmniej dla mnie. Kościół znów wypełnił się łódkami i kanu. Niektórzy przypłynęli z odległych wiosek, by wziąć udział w uroczystościach. Mimo, że nie było komfortowo, bo w tych dłubankach nie da się porządnie usiąść, to i tak nikt nie narzekał. Nikt nie szukał wykrętów, że woda, że powódź, aby opuścić świąteczną Mszę św. Byli prawie wszyscy.

W innych zakątkach parafii nie było ani lepiej, ani gorzej. Woda zalała wszystkich i wszystkie kościoły. Ostatni raz takie święta "po wodzie" zdarzyły się tutaj 40 lat temu.

Powódź trwała jeszcze trochę, bo wody zaczęły opadać dopiero w maju i wcale nie tak szybko.
Pozdrawiając wszystkich Czytelników życzę dużo słońca i uśmiechu - kapitan żeglugi po rozlanym Sepiku.

Ks. Dariusz Woźniak SAC