W drodze do Papui Nowej Gwinei Drukuj
Wpisany przez Br. Janusz Namyślak SAC   
piątek, 04 marca 2005 22:12

Z życia misjonarzyDo Papui Nowej Gwinei wyjechał "nowy" misjonarz - br. Janusz Namyślak SAC. Przed wyjazdem poprosiliśmy, by opowiedział o sobie, o swoich przygotowaniach do wyjazdu.
Oto wypowiedź br. Janusza:

W Stowarzyszeniu Apostolstwa Katolickiego jestem od 9 lat. Zawsze marzyłem, by pracować na misjach. A z misjami zetknąłem się jeszcze w dzieciństwie - mój dalszy krewny przez prawie 18 lat był misjonarzem w Papui Nowej Gwinei. Kiedy przyjeżdżał - odwiedzał nas i zawsze przywoził ze sobą ciekawe eksponaty, zdjęcia, slajdy. To były lata siedemdziesiąte - zdjęcia mógł robić tylko "ukrytą kamerą". To był początek mojej "przygody" misyjnej, która zaowocowała w końcu wyjazdem. Wkrótce będę mógł pracować w tym tak odległym, ale niezmiernie ciekawym i egzotycznym kraju, a także zetknąć się z nową rzeczywistością, inną kulturą, tradycją, z nowym językiem, troszkę inną liturgią, jak również poznać tych ludzi, ich mentalność, ich zwyczaje.

Sądzę, że za dwa lata będę mógł opowiedzieć Czytelnikom coś z własnych doświadczeń życiowych. Na razie mogę się dzielić tylko tym, co udało mi się ...

... wyczytać w książkach i czasopismach, co usłyszałem w telewizji lub radiu, czy czego dowiedziałem się od misjonarzy tam pracujących.

Najpierw wiedziałem, że jest Australia i mnóstwo wysp koło niej, a potem dowiedziałem się, że na jednej z tych wysp jest kraj, właśnie Papua Nowa Gwinea, gdzie warunki życia nie odbiegają od naszych sprzed prawie tysiąca lat.

Myślę, że byłoby kłamstwem powiedzenie, że się niczego nie obawiam. , W końcu jest to zderzenie z nową dla mnie rzeczywistością. Na początku będzie bariera językowa - Papuasi mają ok. 800 narzeczy, prawie każda wioska mówi innym, toteż utworzony został język dla całego kaju na bazie języka angielskiego, tzw. pidgin english i na miejscu będę się musiał tego języka nauczyć. Tamtejsza rzeczywistość to także szamani, spotkania w domu mężczyzn, zwyczaje odbiegające od naszych. Podejrzewam, że na początku będzie mi trudno oderwać się od tego, co jest u nas w kraju i od przywiązania do telewizji, komputera, telefonu, że będzie brakowało hałasu miejskiej aglomeracji.

To jest też spotkanie z innym klimatem, ze stale trwającym latem, możliwość osłabienia organizmu, zapadnięcia na choroby tropikalne, np. na malarię. Nie ma na tę chorobę szczepionki, są tylko leki podawane doraźnie.

A co dalej przyniesie życie? Na pewno wiele niespodzianek. Po kilku miesiącach pewnie będę mógł napisać coś ciekawszego o swoim życiu.

Moja praca misyjna będzie się trochę różnić od kapłańskiej, gdyż bracia nie mają święceń. Będę pomagał kapłanom w ich pracy: będę chodził do szpitala, zanosił Komunię św. W miejscowości, w której będę przebywał, w Boram, jest małe więzienie - też tam będę sprawował opiekę duszpasterską, przynosił Komunię św. Będę także prowadzić przygotowania katechistów, liderów, bez których kapłan nie jest w stanie funkcjonować w tych warunkach, bowiem bardzo często musi docierać do odległych miejscowości - niekiedy jest to 50-100 km, a więc pomoc katechistów, liderów jest niezbędna. Tam, gdzie nie musi być ksiądz, jedzie brat.

Odpowiadając na prośbę księdza biskupa, mam także podjąć pracę w lokalnym wydawnictwie na "pół etatu", gdyż pracowałem przez 2 lata w wydawnictwie pallotyńskim "Pallottinum" w Poznaniu - doświadczenia, które tam zdobyłem, będę mógł wykorzystać w Papui, by być pomocnym dla tych ludzi. Będę także wykonywał różne zajęcia w naszym domu.

W poprzednim numerze "Horyzontów" ukazała się informacja o trzęsieniu ziemi, które nie ominęło także naszej placówki, a więc trzeba będzie przeprowadzić remont kościoła, gdyż zostaly uszkodzone ściany i sufit. Tu także będę mógł pomóc.

Moje powołanie zaczęło kształtować się w wieku młodzieńczym, gdzieś w 18. roku życia. Chciałem odbyć jeszcze służbę wojskową. Potem podjąłem pracę (w "Wełnopolu" w Częstochowie). Któregoś dnia pracowałem na pierwszej zmianie i poproszono mnie, żebym został na trzecią zmianę. Miałem więc 8 godzin przerwy i nie było sensu jechać do domu w Ożegowie, odległego od miasta o 50 km. Poszedłem więc na Jasną Górę, przed obraz Matki Bożej, co robię zawsze, kiedy jestem w Częstochowie, by stąd czerpać siły duchowe. Tak się złożyło, że tego dnia złożyłem Matce Bożej przyrzeczenie, że wstąpię do zgromadzenia. Nie wiedziałem jeszcze do jakiego, ale ślub został złożony. Po dwóch latach Matka Boża przypomniała - co z tym powołaniem? Pracowałem w mojej parafii, św. Marcina w Siemkowicach, w Radzie Duszpasterskiej i szukałem większej ilości obrazków z Koronką Miłosierdzia Bożego. Pewna Pani poradziła mi, bym udał się do pallotynów, do Doliny Miłosierdzia. I, można powiedzieć, zostałem tam.

Pierwszą osobą, którą poznałem w Dolinie Miłosierdzia, był brat Tadeusz, który serdecznie, ciepło mnie przygarnął i opowiedział o zgromadzeniu. Złożyłem podanie i zostałem przyjęty do nowicjatu. Następnie odbyłem juniorat i złożyłem kolejne podanie - o skierowanie mnie do Papui Nowej Gwinei, co zostało pozytywnie przyjęte. W Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie odbyłem szkolenie językowe (język angielski), a także szkolenie odnośnie kultury, zwyczajów, duchowości papuaskiej. Potem udałem się do Szkocji, do Livingstone, by tam nabrać większej praktyki duszpasterskiej i uczyć się języka angielskiego. Ks. Jurek Suszko, z którym mieszkałem, umożliwił mi chodzenie do szpitala, spotykanie się z chorymi, modlitwę z nimi. Miałem też okazję zaobserwować nieco inne tradycje bożonarodzeniowe i wielkanocne. Zwróciłem uwagę na ekumenizm, który jest tam realizowany w życiu ludzi. W rodzinach są ludzie różnych wyznań - żyją w zgodzie ze sobą, szanują się i żadna strona nie zabrania drugiej chodzenia do świątyni. Bardzo mało jest małżeństw katolickich. A jeśli to są katolicy, to są rzeczywiście bardzo mocni wiarą. Wielu katolików pochodzi z Polski lub Irlandii.

Podczas pobytu w Szkocji wiele się nauczyłem i bardzo ubogaciłem duchowo.

Po tych wszystkich przygotowaniach powróciłem do kraju. Ks. Prowincjał skierował mnie do Częstochowy, bym podjął pracę w Sekretariacie Misyjnym. Miałem okazję prowadzić katechezy misyjne, jeździć po parafiach z ks. Janem i głosić Słowo Boże, a także podejmować inne prace, co, myślę, zaowocuje w przyszłości.

W międzyczasie ubiegałem się o wizę i po bardzo długim oczekiwaniu wreszcie ją otrzymałem - mogę wyjechać, by rozpocząć pracę na niwie Pańskiej.

Proszę czytelników przede wszystkim o wsparcie duchowe, gdzyż każdy może modlić się w intencji misjonarzy i misji, w intencji tych, którzy trudnią się głoszeniem Słowa Bożego poza granicami kraju. A może ktoś zechce przyjąć patronat misyjny?

Br. Janusz Namyślak SAC