Taniec Liturgiczny Drukuj
Wpisany przez Br. Janusz Namyślak SAC   
piątek, 02 czerwca 2006 10:09

Misjonarze piszą
Jednym z doświadczeń, które zapisały się w mojej pamięci były święcenia kapłańskie ks. Lawrence, Hindusa, który przyjechał do Papui i tu ukończył seminarium duchowne.

Uroczystość rozpoczęła się wieczorem, ok. godz.18, przy udziale bardzo wielu osób. Podczas Mszy św. wszyscy byliśmy świadkami przepięknego hinduskiego tańca liturgicznego w wykonaniu papuaskich dziewcząt.

W PNG od wielu lat pracują Siostry Matki Teresy z Kalkuty, nazywane tam "Charytkami". Hinduskie siostry chciały uczcić święcenia rodaka. Jedna z nich zobowiązała się nauczyć miejscowe dziewczynki tańca hinduskiego. Trwało to prawie 6 miesięcy - długo, jak ...

... na jeden taniec. Ale efekt był zadziwiający - wierni stali z otwartymi ustami i podziwiali piękny taniec, wyrażany gestem rąk, ruchem, całą postacią tancerek, ubranych w piękne, hinduskie stroje, uszyte z oryginalnego materiału przez siostry.
Taniec ten wyrażał bogactwo i piękno kultury hinduskiej. Dziewczęta wystąpiły na początku Mszy św. i na ofiarowanie. Każda z nich miała w ręce malutką tacę z płatkami róży i zapaloną świecą. Szły do ołtarza wykonując figury taneczne, a za nimi osoby niosące dary ofiarne. Efekt był niesamowity - przy świetle księżyca, różne figury, przejścia z prawej na lewą stronę, cały czas z palącymi się świecami w rękach.

Znając choć trochę papuaską kulturę, tym bardziej trzeba podziwiać upór i cierpliwość siostry, która przez tak długi czas codziennie ćwiczyła z miejscowymi dziewczynkami. Osiągnięty efekt wart był jednak włożonej pracy.

Te dziewczęta musiały się nauczyć zupełnie innych gestów, ruchów, ponieważ taniec papuaski jest bardzo prosty, to właściwie takie przestępowanie z nogi na nogę w rytm bębenków. Muzyka hinduska jest natomiast melodyjna, ruchy płynne.
Myślę, że dziewczynki także były bardzo zadowolone - szczególnie z aplauzu jaki zyskały.

Następnego dnia, podczas Mszy św. prymicyjnej, która odbyła się u sióstr taniec został powtórzony. Ksiądz był ubrany w strój papuaski, z ozdobami z prowincji Chambri, wyplatanymi z włókien drzewa, z muszelkami, kłami dzika, na głowie miał pióro rajskiego ptaka. Na zakończenie było oczywiście uroczyste błogosławieństwo, a po Mszy św. spotkanie przy wspólnym stole. Poczęstunek przygotowały siostry na sposób hinduski - potrawy były bardzo ostre. Dobrze, że nie brakowało różnych napojów. Świętowanie trwało bardzo długo, ale my, po złożeniu życzeń, powróciliśmy do naszego domu w Boram.

Wszyscy wspólnie dziękowaliśmy za dar tego powołania. Bo nieważne, że ksiądz pochodzi z innego kraju, ale że tu przybył, tu skończył seminarium, tu się wykształcił, by tu zostać i pracować dla tych ludzi, dla tego Kościoła, dla tej diecezji. Można powiedzieć "Księża bez granic" realizują wezwanie Jezusa: Idźcie i głoście wszystkim narodom.

Ksiądz Lawrence głosi Słowo Boże z wielką żarliwością oraz miłością do Boga i do ludzi w dość trudnym terenie. Jest proboszczem w Angoram - stąd wypływa się na Sepik. Tam jest "baza przeładunkowa" dla księży, którzy pracują na Sepiku. Przyjeżdżają do Angoram, przeładowują wszystko na łódkę, zostawiają samochody i wypływają dalej.

Jest więc ks. Lawrence "pośrednikiem", ale także obsługuje filię na rzece, odległą ponad 100 km. Nie jest to łatwy teren, trudno tam dotrzeć, ale kapłan podjął to wyzwanie z zadowoleniem, że może pracować dla Królestwa Niebieskiego tu, na Ziemi.

Br. Janusz Namyślak SAC