Opowieści dziwnej treści Drukuj
Wpisany przez Ks. Gabriel Marciniak   
piątek, 20 stycznia 2006 22:08

Twój udział w misjachW ostatnią niedzielę naszego pobytu w Turinghi, byliśmy świadkami tradycyjnej dla Papuasów Mszy św. Polegała ona na tym, że do kościoła przyszli wierni w swoich tradycyjnych strojach, wykonanych z liści, kory, kości zwierząt. Ich ciała pomalowane były w różne wzory.

Wcześniej, przez trzy dni, ćwiczyli śpiewając do późna w nocy. Cała liturgia ze śpiewami i tańcami przypominała różne ich zwyczaje i obrzędy, jak np. procesja z darami to składanie zapłaty za kupioną żonę. Po Mszy św. przed kościołem odbył się pokaz tańców przybyłych grup etnicznych. Było kolorowo i głośno. Nasz pobyt w misji Krzysia w Turinghi powoli dobiegał końca.

Na uwagę zasługuje menu, jakim nas raczono w czasie pobytu u Ojca Krzysztofa. Mianowicie raz jedliśmy pędraki wielkości kciuka. Wykopuje się je spod palmy sagowej i żywe wrzuca na patelnię, aby się usmażyły. Podaje się je bez przypraw. Smakują jak skwarki. Są przysmakiem, ponieważ zawierają dużo białka. My przed zjedzeniem ...

... odcinaliśmy im malutkie główki.

Innym daniem były gotowane w mleczku kokosowym mamuty, czyli dzikie chomiki. Chociaż przyglądając się im stwierdziłem, że były bardziej podobne do szczurów z dużymi pazurkami. Zostały dla nas specjalnie złowione. Też są rarytasem, ponieważ na wyspie nie ma zbyt wiele zwierząt. Hoduje się kury. Niektórzy hodują także świnie. Reszta to drobne dziko żyjące zwierzęta.

I oczywiście często jadaliśmy banany w dużej ilości i różnorodności gatunków, różnie przyrządzane. Były małe i duże, gotowane, pieczone, surowe. Niektóre bardzo słodkie jak landrynki. Jednym słowem raj.

A trzeba przyznać, że jest to raj na ziemi. Praca misjonarza, choć bardzo trudna, jest ułatwiona, dlatego, że nie ma tam praktycznie głodu. Wszystko rośnie i jest dostępne. Jedyny problem, to zerwać, pozbierać i przyrządzić. W stosunku do wielu krajów afrykańskich, gdzie misjonarz musi zatroszczyć się o jedzenie w miesiącach pory suchej, Papua Nowa Gwinea jawi się jako kraj dostatni w żywność. Ciągłe opady deszczy, wysoka temperatura i wilgotność sprawiają, że wszystko szybko rośnie.

Raj na ziemi jest także dlatego, że nie ma tam wielu urzędów, cyferek, numerów. Człowiek jest wolny. Nie ma podatków, peseli, regonów. Ludzie rodzą się i umierają i nikt tego nie zgłasza w żadnych urzędach. Prawdziwie wolni w wolnym kraju. Gdy np. ktoś chce wyrobić sobie paszport, o tym, że on istnieje świadczy wystawiona przez księdza metryka. Jest to niekiedy jedyny dokument potwierdzający tożsamość. Brak dróg powoduje, że nigdzie się nie spieszą. Mają czas. Nieraz wyprawa do miasta zajmuje kilka dni. I wracają, kiedy mogą. Nikt nie umawia się na godzinę, bo nie mają zegarków, czekają, aż ktoś przyjdzie. Nie dziś, to jutro, albo pojutrze..

O zajęciach decyduje często pogoda. Na pytanie, co będziemy jutro robić, Krzyś odpowiadał, że jak wstaniemy, to zobaczymy. Jak będzie słońce, to gdzieś pójdziemy, jak będzie padało, to siedzimy na miejscu. Nic się nie stanie. Po prostu wolność decyzji i działania.

Przed wyjazdem wraz z Piotrem Dareckim otrzymaliśmy szczególne prezenty od miejscowych. Każdy z nas dostał po jednej kina, czyli monecie wykonanej z muszli. Jeszcze parę lat temu za dziesięć sztuk takich kina można było kupić żonę. Teraz te pieniądze już nie mają takiej wartości, choć dla nas są bezcenne, bo ofiarowane z serca.

Po dwóch tygodniach pobytu na misji w Turinghi wróciliśmy do Wewak, do głównego domu misyjnego ojców Pallotynów. Tam rozpoczęliśmy przygotowania do powrotu do Polski. W międzyczasie do Wewak z wizytacją przybył przedstawiciel generała pallotynów, ojciec Anzelm Weiss. Uczestniczyliśmy więc jeszcze w szczególnych uroczystościach. Było miło, bo czas spędzaliśmy nad morzem, kąpiąc się wśród raf koralowych. Ostatni dzień to trochę nerwówki, żeby wszystko spakować, pożegnać się z braćmi misjonarzami. W sobotę wcześnie rano wsiedliśmy do samolotu w Wewak i odlecieliśmy do Port Moresby. A stamtąd w stronę Polski.

Ale też z przygodami, gdyż mieliśmy awarię samolotu i opóźnił się odlot. Gdy wylądowaliśmy w Manili na Filipinach, nasz samolot do Frankfurtu już odleciał. W związku z tym przebukowano nam bilety i następnego dnia, po nocy spędzonej w ekskluzywnym hotelu na koszt linii lotniczych, wylecieliśmy do Hongkongu. Tam na terminalu czekaliśmy kilka godzin. Przez co mieliśmy okazję zwiedzić jedno z największych lotnisk na świecie. Po południu już bez przygód wsiedliśmy do samolotu i polecieliśmy w stronę domu. We Frankfurcie przesiadka w samolot Lotu i do Warszawy. Tutaj kolejny szok. W Papui było około 30 stopni na plusie, w Warszawie - wszak był to luty - 10 stopni, ale na minusie i przesunięcie w czasie 8 godzin! Ale już byliśmy w domu. Opaleni, pełni wrażeń, ale i tęsknoty za tym, co widzieliśmy i przeżyliśmy.

To wszystko jest tylko skrótem i zapisem ciekawszych wydarzeń i spostrzeżeń. Można by jeszcze więcej opowiedzieć, ale historia byłaby zbyt długa. Będzie to może okazją do dalszych opisów, a może zachętą, aby samemu spróbować i pojechać w dalekie strony, odwiedzając naszych przyjaciół, ojców pallotynów, i doświadczając nowych, nieznanych przygód.

Z Bogiem, dziękuję za wspólne podróżowanie
Niespokojny duch, Ks. Gabriel Marciniak