Raskale Drukuj
Wpisany przez ks. Marian Wierzchowski SAC   

Kolejnym problemem, na który pragnąłbym zwrócić uwagę jest sprawa tzw. raskali.
Określenie to w języku angielskim nie oddaje tego, co oznacza w Nowej Gwinei. ?Raskal?, w tłumaczeniu angielskim, to mały chłopiec, przypominający troszeczkę chuligana, mający raczej znaczenie żartobliwe. W Nowej Gwinei określenie to przeszło ewolucję i oznacza brutalnego złodzieja, a nawet mordercę. Niestety, nie ma już nic wspólnego z żartem i groteską.

Moje pierwsze spotkanie z tą grupą ludzi było typowe. Pojechałem do Sassoya na dzień skupienia. Zabrałem ze sobą trzy siostry miejscowe ze Zgromadzenia Sióstr Różańcowych. Po zakończonym spotkaniu wracaliśmy około godziny 5 po południu. Słońce było już dość nisko. Dojeżdżaliśmy do mostu w Munji. Byłem jeszcze na tzw. pętli, po której tylko 100 metrowa prosta droga prowadziła do mostu na rzece. Nagle zorientowałem się, że za kolejnym zakrętem droga jest zablokowana przez jakichś ludzi.

Nie było szans wycofania się. Prawdopodobnie, gdyby przydarzyło mi się to parę lat później, dodałbym gazu i przejechał, rozganiając to zgrupowanie. W tamtej chwili nie wiedziałem co zrobić. Zatrzymałem samochód. Trzech chłopaków podskoczyło szybko do samochodu. Jeden z nich szybkim ruchem wyciągnął kluczyk ze stacyjki. Nie było już wyjścia. Zaczęli głośno krzyczeć, wyciągnęli mnie z samochodu a następnie po kolei zaczęli wyjmować wszystko co w nim było. Na szczęście, poza torbą i brewiarzem, nie miałem nic w samochodzie. Siostry straciły kilka swoich tzw. bilumów (plecionych siatek), w których praktycznie nic nie miały. Zabrana została jeszcze stara, polska maszyna do pisania, którą w Sassoya dostałem od ks. Krzysztofa Morki do pisania listów. Ogarnęła mnie wściekłość. Odczuwałem beznadziejność sytuacji. Co dalej?

Kiedy samochód został już opróżniony, zobaczyłem, że w wielkim zdenerwowaniu i pośpiechu część raskali zaczęła uciekać do buszu. Ostatni z nich, prawdopodobnie przywódca oddał mi kluczyki do samochodu i powiedział ? Yu go hariap? , co znaczyło, że miałem jechać szybko.
Odpaliłem samochód i ruszyłem do przodu. Po drodze zatrzymałem się w sąsiedniej wiosce Munji i dowiedziałem się imion chłopaków, którzy uczestniczyli w tym napadzie.

Przyjechałem do stacji Yangoru. Do późna w nocy siedzieliśmy z ojcem Tothem analizując napad. Następnego dnia rano poszedłem na komisariat i dokładnie opowiedziałem zajście.

Policja spisywała zeznania, wypytując mnie o różnego rodzaju szczegóły. Po południu zajechał pod stację radiowóz policyjny. Policjant zawołał mnie, a kiedy podszedłem do samochodu zauważyłem i rozpoznałem jednego z chłopaków z wczorajszego zajścia. Przyjrzałem mu się jeszcze raz dokładnie i powiedziałem, że to jest jeden z nich. Policjant zawołał jeszcze jedną z sióstr, aby potwierdziła moje zeznanie. Siostra popatrzyła na chłopaka i także rozpoznała w nim jednego ze sprawców wczorajszego napadu. I wtedy policjant zapytał ponownie: ?Ale czy tak naprawdę jesteś pewna, że to on??. Siostra zaczęła się zastanawiać. Mówiła, że wygląda podobnie itp. Wreszcie policjant zakończył śledztwo stwierdzeniem: ?Skoro nie jesteś pewna, to znaczy, że to nie on.? A do mnie odezwał się w ten sposób: ?Ty jesteś białym człowiekiem i nie jesteś w stanie nas rozpoznać, dlatego też twoje zeznania nie mają mocy prawnej?. Przyznam szczerze, że takiego rozwiązania się spodziewałem. Tym bardziej, że ks. Toth już wcześniej mnie o tym uprzedził. Nie mniej jednak uraz pozostał we mnie do końca. Wiedziałem, że policja, a także ludność cywilna, w konfrontacji nawet ojca misjonarza z raskalami, niestety, stanie po stronie raskali.

ks. Marian Wierzchowski SAC
Horyzonty Misyjne 8