Czas przygotowania Drukuj
Wpisany przez ks. Marian Wierzchowski SAC   

Hasłem tym można by określić wiele spraw, bo przecież cała formacja rodzinna szkolna czy też seminaryjna była przygotowaniem do tego wielkiego zadania - pracy misyjnej. I tutaj z wielkim szacunkiem dla wszystkich profesorów i wychowawców, pragnąłbym podziękować za to wszystko, co ukształtowało moją osobowość. Owe wartości docenia się dopiero w późniejszym czasie, kiedy jest się poddanym próbie.

Tak naprawdę, przygotowując się do wyjazdu do Papui Nowej Gwinei, nie wiedziałem gdzie jadę i co będę tam robił. Moje przygotowanie ograniczyło się do poznania języka angielskiego tu, w kraju, a następnie w Australii, gdzie miałem okazję przebywać około roku. W Australii dopiero pierwszy raz zetknąłem się z grupą ludzi, z którą później miałem trochę do czynienia.

Pierwszy kontakt był bardzo sympatyczny. Przyjechałem do Scorsby (dzielnica Melbourne), gdzie w Seminarium Duchownym ?Priest of Christ? założonym przez Ojca Whitinga zobaczyłem trzech seminarzystów. Spędziłem z nimi parę chwil, dowiadując się skąd są itd., itp. W późniejszym czasie, pracując już jako wikariusz w parafii Św. Benedykta w Burwood, spotkałem paru Australijczyków, którzy podczas wojny byli na froncie japońskim w Papui Nowej Gwinei. Jednak to wszystko nie było jeszcze przygotowaniem jakiego życzyłbym sobie. Ciągle jeszcze nie wiedziałem dokładnie gdzie jadę i co będę tam robił. Kiedy z perspektywy oceniam czas jaki spędziłem w Australii, muszę przyznać, że był on dla mnie bardzo potrzebny. I chociaż nie dowiedziałem się zbyt wiele o Papui, to jednak otworzyłem się na poznawanie i kształtowanie siebie, na walkę z samym sobą, aby poznać drugiego człowieka, aby w jakiś sposób zbliżyć się do niego.

Pewnego rodzaju wzorem był dla mnie brat Bob Bradley, australijski pallotyn. Spotkałem go w domu na Kew. Człowiek o niesamowitym humorze i zdolności kontaktu z drugim człowiekiem, a przy tym na stałe przytwierdzony już do wózka inwalidzkiego. Wiele wieczorów spędziliśmy wspólnie słuchając historii o jego wyczynach misyjnych. Był bowiem misjonarzem w Australii. Pracował na zachodzie Australii z Aborygenami. Pamiętam jego powiedzenie: Aby pracować z ludźmi trzeba ich najpierw ukochać. Przypominałem sobie to hasło później, kiedy w konkretnej pracy spotykałem się z ludźmi, gdy chwilami brakowało cierpliwości i kiedy rzeczywiście wszelkie dobre zachowania można było wytłumaczyć miłością lub czymś nadprzyrodzonym.

Pewnym przygotowaniem do pracy misyjnej w Papui Nowej Gwinei był też klimat jaki zastaliśmy w Australii. Oczywiście klimat Melbourne nie ma nic wspólnego z Wewak. Nie mniej jednak czas, w którym przyjechaliśmy do Melbourne, tj. 15. 02. 89 r., kiedy w Polsce szalała jeszcze zima, natomiast Australia przeżywała pełnię lata, dał nam wszystkim już odczuć różnice i spodziewać się więcej. Pierwsze nasze Msze św., odprawiane w małej kapliczce MTA na Kew, kiedy strumienie potu spływały po ciele, dały przedsmak przyszłej pracy na misjach.

Czas bezpośredniego przygotowania to okres naszych studiów językowych. Po przyjeździe do Melbourne w Australii dostaliśmy się bezpośrednio do Instytutu na naukę języka angielskiego. Mieścił się on w dzielnicy Hauthorn. Prowincja australijska dopomogła nam, przydzielając na ten cel samochód, toteż mogliśmy codziennie bez większego problemu dojeżdżać do uczelni. Instytut był wyposażony we wszystkie dostępne w tym czasie nowości do nauki języka, co czyniło tę naukę o wiele ciekawszą. Jedna jeszcze rzecz zwróciła naszą uwagę - otóż cały instytut zdominowany był przez rasę żółtą. Na całej uczelni, która liczyła około 600 studentów, można było zaobserwować tylko pojedyncze jednostki, pochodzące z Europy. Dominująca większość pochodziła z Chin, Tajwanu, Indonezji, Japonii, Korei. Niestety nie znalazłem nikogo z Papui Nowej Gwinei. Oczywiście było to bardzo ciekawym doświadczeniem, bo tak naprawdę mieliśmy pierwszy raz okazję kontaktu z ludźmi innej rasy. Czasami na lekcjach języka, kiedy profesorka prosiła o przygotowanie pewnego rodzaju referatu czy też pogawędki, okazywało się, że dość duża grupa Chińczyków czy Japończyków pierwszy raz zetknęła się z Ewangelią Jezusa.

Tak naprawdę, to nie byli w stanie powiedzieć kim jest Jezus Chrystus. Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, że przecież ci ludzie, do których chcę jechać, prawdopodobnie też jeszcze nie wiedzą kim jest Chrystus. Pomyślałem, że mogę tam spotkać podobną sytuację. Bo przecież pokazać Chrystusa ludziom, którzy jeszcze o Nim nie słyszeli to jest zadanie misjonarza. I chyba taka definicja misjonarza do tej pory w Polsce funkcjonuje. Nie chciałbym teraz oceniać prawdziwości tej definicji, niemniej jednak w moim życiu ta definicja będzie ulegała pewnym zmianom. Nie uważam za stracone tych chwil, w których czy to na korytarzu czy też w innych warunkach przeprowadzałem tyle dyskusji na temat Chrystusa. Bo może właśnie wtedy dokonywała się integracja mojej postawy co do misji, co do prawdy, dla której poświęca się całe swoje życie. I tak, jak zauważyłem, będąc jeszcze w Seminarium, kiedy przypominałem sobie chwile z Nowicjatu, gdzie całkowicie oddany, zdolny do szaleństw, śpiewania i grania w autobusie pieśni o Chrystusie, kilka lat później nie byłem w stanie tego już dokonać. Coś jakby zniknęło, jakby wydoroślało, jakby zmieniło swój bieg. Bo przecież Chrystusa tak samo kochałem.

Metanoia mojego misjonarzowania została zapoczątkowana. I teraz, siedząc przy biurku, zdaję sobie sprawę, że jest to proces, którego się nie uniknie, który musi się dokonywać w sercu każdego misjonarza.

Czas nieubłaganie płynął. Zbliżał się koniec naszego pobytu w Australii. Przygotowani językowo (mam na myśli tylko język angielski), wybraliśmy się w podróż, gdzie czekały nas nowe przygody. Świat, którego jeszcze nie znałem, nie widziałem i nie byłem w stanie zrozumieć.

ks. Marian Wierzchowski SAC

Horyzonty Misyjne 1