Misyjny słowniczek - część X Drukuj
Wpisany przez Ks. Jan Rykała SAC   
środa, 07 czerwca 2006 23:21

CiekawostkiN. Napady
Wielu młodych ludzi po skończeniu lub przerwaniu nauki w szkole średniej z różnych powodów, nie ma żadnego zajęcia. Nauka w szkole dała im możliwość poznania wielu dóbr, których nie mogą zdobyć w sposób zwyczajny tzn. kupić, bo nie mają pracy i pieniędzy. Organizują się oni w większe lub mniejsze grupy i napadają na ludzi, aby coś zdobyć w celu posiadania tego lub żeby sprzedać. Opiszę jedno z moich doświadczeń.

Po zakończeniu nabożeństwa w jednym z kościołów filialnych, przy którym mogłem przenocować, nie chciałem pozostawać sam. Ludzie poszli do swoich domów, a kościół był trochę oddalony od domostw. Był to czas wojny plemiennej, więc było ...

... raczej niebezpiecznie. Postanowiłem pojechać do siedziby biskupa, gdzie zawsze było miejsce, żeby się przespać. Przyjechałem przed bramę, która była już zamknięta ok. godz. 9.30 w nocy. Zamknąłem samochód i poszedłem znaleźć kogoś, kto mi otworzy bramę. Po chwili wróciłem z bratem zakonnym. On otwierał bramę, a ja w tym czasie poszedłem do samochodu. Otworzyłem go, wsiadłem, włożyłem kluczyk do stacyjki. Nie zamknąłem jednak drzwi i nagle poczułem na mojej szyi maczetę, którą trzymał młody człowiek, mówiący bym się wynosił z samochodu. Próbowałem negocjować, jednak nic z tego nie wyszło. Toteż opuściłem samochód, do którego wsiadł ten młody człowiek, wpuszczając jeszcze jednego kolegę do środka.

Byłem tak zszokowany, że nie mogłem otworzyć ust, by wezwać na pomoc brata, który otwierał bramę. Pomyślałam jednak: "nie mogę pozwolić im ukraść mojego samochodu, bo to jest moje narzędzie pracy". Niewiele myśląc poszedłem na tył samochodu i trzymałem go, by nie mógł odjechać. O dziwo, kierowca próbował odjechać, jednak samochód nie ruszył się z miejsca. Wtedy brat się zorientował, że jest coś nie tak i podszedł do kierowcy, który bronił się maczetą chcąc go uderzyć. W tym czasie jeden z napastników wystraszył się i uciekł. Drugi pozostawiony sam sobie też się wystraszył i "dał nogę" - w ten sposób nie straciłem samochodu.

Dopiero później, kiedy wjeżdżałem do środka, nogi mi się zrobiły jak z waty, bo uświadomiłem sobie, że mógłbym zostać przejechany przez wycofujący się samochód, lecz dzięki zrządzeniu Bożej Opatrzności tak się nie stało. Bogu niech będą dzięki.

Ciąg dalszy nastąpi...
Ks. Jan Rykała SAC