Na misyjnym szlaku
Czas przygotowania PDF Drukuj Email
Wpisany przez ks. Marian Wierzchowski SAC   

Hasłem tym można by określić wiele spraw, bo przecież cała formacja rodzinna szkolna czy też seminaryjna była przygotowaniem do tego wielkiego zadania - pracy misyjnej. I tutaj z wielkim szacunkiem dla wszystkich profesorów i wychowawców, pragnąłbym podziękować za to wszystko, co ukształtowało moją osobowość. Owe wartości docenia się dopiero w późniejszym czasie, kiedy jest się poddanym próbie.

Tak naprawdę, przygotowując się do wyjazdu do Papui Nowej Gwinei, nie wiedziałem gdzie jadę i co będę tam robił. Moje przygotowanie ograniczyło się do poznania języka angielskiego tu, w kraju, a następnie w Australii, gdzie miałem okazję przebywać około roku. W Australii dopiero pierwszy raz zetknąłem się z grupą ludzi, z którą później miałem trochę do czynienia.

Więcej…
 
W Papui PDF Drukuj Email
Wpisany przez ks. Marian Wierzchowski SAC   

Pierwsze lądowanie w Port Moresby, stolicy Papui Nowej Gwinei, było przedsmakiem tego, co później będzie stanowiło cząstkę naszej codzienności. Upał niesamowity. Teraz już nie jestem w stanie określić ile stopni Celsjusza mogło być wtedy na termometrze. Uczucie straszliwej duchoty w momencie, gdy wychodziliśmy z samolotu. W jednej chwili oblał mnie pot i poczułem jak płynie po mnie gęstym strumieniem. Przeszliśmy odprawę paszportową.

Przed lotniskiem czekał na nas brat Frydolin SVD. Kiedy stanąłem przed lotniskiem, z walizą wypchaną wszelkimi rzeczami jakie tylko byłem wtedy w stanie wymyślić i o których sądziłem, że mogły mi się przydać, nagle zauważyłem, że jakaś ręka sięga po moją walizkę. Przestraszony chwyciłem uchwyt mocniej, w razie, gdyby ktoś zaczął siłować się. I wtedy usłyszałem słowa wypowiedziane przez chłopca: Bai mi helpim. Nie wiedziałem dokładnie, co powiedział, ale słowo helpim pomogło mi wpaść na to, że chce mi pomóc. OK. - powiedziałem i chłopak ruszył, siłując się z moim dobytkiem. Po dobrnięciu do samochodu chłopak znaczącym gestem ręki pokazał, że chciałby jakiejś zapłaty za wykonaną pracę. Sięgnąłem ręką do kieszeni i wyciągnąłem 1 kinę, którą, jeszcze w Australii, dostałem od jednego z moich przyjaciół. Była to oczywiście jedyna kina jaką miałem w tamtym czasie.

Więcej…
 
Uczymy się pidgin PDF Drukuj Email
Wpisany przez ks. Marian Wierzchowski SAC   

Czas przebywania w Wirui dobiegał końca. Zostaliśmy przeniesieni do Tangugo, do Centrum Szkolenia Pastoralnego. W ówczesnym czasie było ono prowadzone przez ks. Jana Szwedę, polskiego werbistę. Od tej pory zaczęła się nasza nauka języka pidgin. Ileż to radości przeżywaliśmy słuchając tego języka! W pierwszej chwili robi on wrażenie języka angielskiego; jest nawet uznawany za tzw. Pidginin english. Ma bardzo dużo wspólnego z językiem angielskim, niemniej jednak jego brzmienie w pewnym stopniu przypomina bulgotanie, a częste powtórki tych samych zgłosek czynią go niesamowicie zabawnym.

Czasami, żartem, zastanawiałem się nad tym, jak można w takim języku odprawiać Mszę św. Myślałem: Chyba wszyscy aniołowie padają ze śmiechu. Później, kiedy nabrałem trochę wprawy, nie wywoływało to już uśmiechu na ustach.

Nasze poznawanie języka odbywało się na podstawie Biblii. Czytaliśmy Biblię w języku pidgin i tłumaczyliśmy ją na angielski, co tak naprawdę nie było wielkim problemem. Trzeba powiedzieć, że nie jest to trudny język. Przy założeniu, że zna się jeszcze trochę angielskiego, jego nauka naprawdę nie stanowi większego problemu.

Więcej…
 
Sekty PDF Drukuj Email
Wpisany przez ks. Marian Wierzchowski SAC   

Tak więc pojechałem do Yangoru, miejscowość oddalonej około 100 km od Wewak w stronę Maprik. Proboszczem był tu werbista, ks. Steven Toth - Węgier. Było to ciekawe doświadczenie w moim życiu. Ojciec Steven był misjonarzem od 35 lat, tak że miał ogromny bagaż doświadczeń. Mogłem z nim porozumieć się tylko w języku angielskim i pidgin, co było dodatkowym bodźcem do nauki języka. Później okazało się, że pater Toth był antropologiem. Pomógł mi wiele w zrozumieniu kultury tych ludzi. Wiele wspólnych wieczorów spędziliśmy na omawianiu różnych sytuacji z Ambunti, Ulupu czy też Yangoru.

Pierwsze moje wyprawy do buszu odbywały się w gronie dzieci. W samej wiosce Yangoru znajdował się szpital, szkoła średnia, budynki rządowe powstałe jeszcze za czasów Australijczyków, komisariat policyjny, kilka sklepów, a także rywalizująca z nami misja AOG (Assemble of God). Z tą ostatnią instytucją misja nasza miała najwięcej problemów: częste okrzyki pastora oraz jego wiernych podczas organizowanych przez nas procesji z figurą Matki Bożej, oczernianie związane z takim czy innym zachowaniem kleru. Owa misja była często dofinansowywana przez familijne misje ze Stanów Zjednoczonych czy też Australii.

Więcej…
 
Świat duchów PDF Drukuj Email
Wpisany przez ks. Marian Wierzchowski SAC   

Cała Papua Nowa Gwinea jest ściśle związana ze światem duchów tzw. masalai. Świat, który otacza mieszkańca Nowej Gwinei to przede wszystkim wielka sfera duchowa, do której potrzebny jest specjalny klucz. Człowiek żyjący na danym terenie jest zmuszony do poznania i posługiwania się tym kluczem. Na terenie wioski do dziś można znaleźć pewne miejsca czy nawet rzeczy ściśle związane ze światem duchów. Ścięte drzewo, dół w lesie, kamienie czy wiele innych rzeczy, było dowodem działalności ducha. Nie należało chodzić w tym miejscu, gdyż groziło to chorobą, kalectwem czy też śmiercią.

 

Więcej…
 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 następna > ostatnia >>

Strona 1 z 3