List z Papui Nowej Gwinei PDF Drukuj Email
Wpisany przez Ks. Krzysztof Morka SAC   
środa, 02 marca 2005 22:29

Z życia misjonarzyBardzo dobrze wspominam okres swojej pracy w Marui, chociaż ludzie byli tam bardzo twardzi i trudno było z nimi współpracować. Przed nami nie było tam księdza, który by wytrzymał dłużej niż 2 lata. Mnie udało się znaleźć wspólny język i stosowne formy współpracy z tymi ludźmi.

Byłem tam 6 lat i zostałbym chętnie dłużej, gdyby nie groźba inwalidztwa, o czym pisałem w poprzednim liście.

Czułem się tam dobrze i robiłem co było możliwe. Zacząłem ich słuchać i szybko zauważyłem, że wtedy i oni uważnie słuchają. Nie poszedłem do nich jako boss, tylko jako ten, który ma być wśród nich. Nic im nie narzucałem, szanowałem ich zdanie. Starałem się, byśmy wspólnie podejmowali decyzje co i jak będziemy robić. Oczywiście w niektórych wypadkach musiałem im się sprzeciwić, ale starali się ...

... mnie zrozumieć. Założyłem sobie, że każdego miesiąca dotrę do tych wiosek gdzie są katolicy, by mieli oni możliwość spowiedzi i uczestniczenia we Mszy św. Starałem się to wypełniać solidnie i systematycznie. To im się spodobało, bo widzieli, że troszczę się o nich od strony duchowej. Jadąc do wioski nie ograniczałem się tylko do odprawienia Mszy św., spowiedzi i udzielenia sakramentów, ale znajdowałem także czas na rozmowy z bigmanami (ważnymi ludźmi, szefami) w haus boyach. Bardzo często były to rozmowy "o niczym", ale między wierszami zawsze mogłem powiedzieć coś takiego, co mogłoby im nasunąć jakieś przemyślenia czy wnioski. Pewnie, że nie wszystkim się to podobało, że wykorzystuję do swoich celów miejsce, które ma służyć kultywowaniu ich tradycji, ale przynosiło efekty. Bigmani zaczęli zbliżać się do Kościoła. Niektórych nawet ochrzciłem. Niektórzy "wyprostowali" swoje życie.

Nigdy ich nie lekceważyłem i nie kpiłem z nich. Oni cieszyli się i czuli się bardziej dowartościowani, że mogli być ze mną. Myślę, że gdybym postępował inaczej, nie pozyskałbym ich. Przez to, że dałem im czas, że czułem się dobrze w atmosferze haus boyu, do którego sami mnie zapraszali, oni zaczynali się otwierać, zaczynali mi wierzyć i czasem zdradzali swoje sekrety. Nigdy, nawet po kilku latach nie wchodziłem bez zaproszenia do haus boyu, gdyż szanowałem ich i ich tradycje. Jeśli Papuasi widzą, że się szanuję, to i oni mnie uszanują. Nieraz, wchodząc do hausboyu, miałem kilka liści tytoniu czy buai, który dokładałem do tego co oni przynieśli. Taki dzielenie wszystkiego, wspólna rozmowa przy ognisku tworzy wspaniałą atmosferę i sprzyja nawiązaniu bliższych kontaktów.

To bardzo nie podobało się sektom. W jednej z wiosek przywódcy dwóch sekt straszyli nawet śmiercią szefa wioski, a nawet zapowiedzieli mu dzień śmierci. Widziałem, że się bał. Przychodził do mnie i zwierzał się - trochę go podtrzymywałem na duchu. Kiedy minął wyznaczony termin i nic się nie stało, nabrał wielkiej odwagi i pewności siebie. Teraz wierzył w to co mówiłem. Zyskując pierwszego szefa wioski, niemal zyskiwałem wioskę.

W Papui w jednej członkowie jednej rodziny należą często do różnych kościołów czy sekt. Bywa to przyczyna wielu konfliktów, a nawet tragedii, gdyż sekty są zazwyczaj bardzo agresywne. Zdarzało się, że mąż należący do sekty, buntowany przez jej przywódców, bił swoją żonę i zmuszał ją, by zostawiła swoją wiarę. Sekciarze w tamtych warunkach są jak konie z klapkami - nic do nich nie dociera. Staram się tłumaczyć, by katolicy nie wdawali się w dysputy z nimi, by zachowywali się tak, jakby nie dzieliła ich wiara, żeby nie zaostrzać konfliktów. Nigdy po imieniu nie piętnowałem żadnej z sekt, mówiłem jedynie o nich ogólnie, ale katolicy doskonale rozumieli o co chodzi i nie szukali z nimi bliższych kontaktów.

Kończąc, pozdrawiam Czytelników i proszę o modlitwę.

Ks. Krzysztof Morka SAC