Rozmowa z ks. Piotrem Czerwonką SAC PDF Drukuj Email
Wpisany przez Jolanta Fidura   
środa, 02 marca 2005 00:04

Misjonarz opowiadaRed. - Od jak dawna niesie ksiądz posługę duszpasterską w Papui Nowej Gwinei?
Ks. - Od 8 lat.

Red. - Ksiądz pracuje obecnie w Boram, w diecezji Wewak. Czy zadania księdza ograniczają się tylko do Boram?
Ks.
- Pod moją opieką pozostaje wiele wiosek, toteż są takie, których nie jestem w stanie odwiedzać częściej niż raz na 2-3 miesiące. Na miejscu są liderzy, którzy organizują nabożeństwa pod nieobecność księży. Podczas wizyty w jednej z wiosek zastałem lidera w okropnym stanie - był bardzo chory, wychudzony. Przypuszczałem, że ma malarię. Okazało się jednak, że to była trucizna.

Dogadali się jakoś i za odpowiednią cenę sprzedano antidotum. Gdy przyszedłem następnym razem, był już zdrowy. Udało mi się dowiedzieć się, co było przyczyną tej sytuacji. Otóż lider pokłócił się z żoną, a ona poszła do swojej rodziny i poskarżyła się. Jeśli Papuas jest zły na kogoś, gotów go zabić z byle powodu, a dopiero potem się zastanowi. Za tę kobietę postanowiła się zemścić rodzina - dali mu truciznę w jedzeniu. Papuasi są bardzo pamiętliwi i przy okazji kłótni wszystko sobie wypomną. Rodzina tej kobiety przypomniała sobie, że lider właściwie ...

... nie kupił żony, tylko odbyła się wymiana braci i sióstr. Wszystko byłoby w porządku, ale dwa lata temu zmarł brat jego żony. Rodzina uznała, że to dlatego, iż nie było kupna, więc chciała wszystko "wyrównać". Na szczęście zdążyli się dogadać, oczywiście za pieniądze i lider przeżył. Wraz z żoną żyją szczęśliwie.

Papuasi znają trucizny i antidotum, ale nie chcą ich zdradzać. Prawdopodobnie przekazują tę wiedzę przy inicjacji.
Zdarzyło się kiedyś, że do szpitala, który prowadziła siostra Kinga Czerwonka, przywieziono umierającego mężczyznę. Wydawało się, że nic nie jest w stanie mu pomóc. Wobec bezsilności siostry zawołali jakiegoś swojego "uzdrawiacza", który podał właściwe antidotum. Mężczyzna następnego dnia wyszedł zdrowy ze szpitala.

Red. - Czy Papuasi chętnie zdradzają swoje zwyczaje?

Ks. - Nie, żeby dowiedzieć się czegoś od Papuasów, trzeba ogromnie dużo czasu. Nie jest łatwo zyskać ich prawdziwą przyjaźń. To co dają czy mówią z przyjaźni ma wartość, ale wiadomości za otrzymanie których płaci się, często są nieprawdziwe. Starają się zrobić przyjemność swojemu rozmówcy i odpowiadają to, co według nich, chciałby usłyszeć. Potrafią wspaniale zmyślać. Tylko przyjaźnią, i to z trudem, można coś z nich wydobyć. Mają silnie zakorzenione zwyczaje, (kastomy), których nie chcą zdradzać. Za odsłonięcie niektórych tajemnic każą sobie płacić, a i tak nigdy nie zdradzają wszystkiego, np. pokażą nacinanie skóry, tańce, ale nie ujawnią towarzyszących temu obrzędów. Pokazują zewnętrzną stronę swoich obyczajów, ale zatajają ich sens.

Red. - Jak wobec tego przyjmują katolicyzm?
Ks. -- Zależy od człowieka, od wielu okoliczności, przede wszystkim jak głęboko są osadzeni w swoich tradycyjnych zwyczajach. Inaczej jest w buszu, a inaczej w mieście, gdzie są ludzie z różnych plemion. Ważne jest też osobiste przeżycie. Opowiadają o tym chętnie na spotkaniach modlitewnych, szczególnie o modlitwach do Matki Bożej. Czasami mam jednak wątpliwości czy w 100% chodzi tu o Matkę Jezusa czy też częściowo jest to Ona, a częściowo Wielka Kobieta, z ich tradycyjnych wierzeń. Wierzą w Ducha Świętego, jego działanie. To rozumieją stosunkowo dobrze, gdyż ich świat jest pełen duchów. Oni się nie zastanawiają, oni wierzą, że jest Pan Bóg, że jest Duch Święty. Wierzą przez przeżycie, my bardziej intelektualnie. Ich sposób przeżywania wiary ubogaca nas.

Eucharystia jest dla Papuasów trudna do zrozumienia. Na adorację przychodzą niewielkie grupki, natomiast na spotkaniach charyzmatycznych stawiają się licznie. Ale, jeśli np. któryś z nich zachoruje i leczy się, a w tym czasie odwiedzi go "sekciarz" i pomodli się, to nie powie, że wyzdrowiał, bo dostał lekarstwo, ale że został uzdrowiony i pójdzie do sekty. Najczęściej po jakimś czasie wraca do Kościoła.

W jednej z naszych parafii zachorowała pewna kobieta. Uważała, że jak się dużo modli, jak działa w Kościele, to Pan Bóg musi jej pomóc. Jeśli nie pomaga, to coś jest nie tak i trzeba szukać pomocy w starych zwyczajach. Poszła do czarownika, ale później wróciła do Kościoła katolickiego.
Tak myśli większość Papuasów. Żaden z nich nie jest w stanie przyznać, że coś zawinił.

Red. - Jak wobec takiej postawy wygląda spowiedź?
Ks. - Papuas nie przyzna się przed grupą - tak silny jest jego strach i wstyd. Różne jest co prawda nasze i Papuasów rozumienie wstydu, np. Papuas uważa, że kraść można, ale wstyd zostać na tym przyłapanym. Spowiedź to jednak coś innego, prywatnego, czego się chce z własnej woli. Kto przychodzi się spowiadać, ten się sam oskarża, ma świadomość spowiedzi, choć jednym chodzi rzeczywiście o odpuszczenie grzechów, a inni przychodzą, bo takie jest przykazanie. Niektórzy spowiadają się dopiero kiedy zachorują i są umierający. Żeby się przyznać, muszą pokonać barierę wewnętrzną.

Ich świadomość można porównać do świadomości dziecka idącego do I Komunii św. Uczymy ich, że normalną drogą chrześcijańską do Boga jest droga sakramentalna czyli chrzest, spowiedź, komunia. Dla kogoś, kto nie może prawnie przystąpić do sakramentów jest droga poza sakramentalna: przepraszasz, spowiadasz się i liczysz na Miłosierdzie Boże. Swoją postawą, pracą dla Kościoła możesz wyprosić Miłosierdzie.

Red. - Udziałem Papuasów stał się ogromny skok cywilizacyjny, określany jako bezpośrednie przejście niemal z epoki kamienia do ery komputerów. Jaki jest poziom szkolnictwa w Papui Nowej Gwinei?
Ks.
- Bardzo niski. Wszystkie struktury zostały założone przez Australijczyków. W naszej diecezji są przede wszystkim szkoły katolickie. Ma Papua też dwa uniwersytety - w stolicy kraju, Port Moresby, i w Lae, drugim co do wielkości mieście. Działa także akademia, założona przez werbistów, podniesiona obecnie do rangi uniwersytetu. Poziom uniwersytetu tam, to jak dobre polskie technikum. Brak wykształconych nauczycieli. Dla niektórych z nich Europa to kraj, nie kontynent. Za kłamstwo uważają, fakt, że ziemia się kręci wokół słońca. Kiedy zapytałem ich jak tłumaczą, że słońce tu wschodzi, tam zachodzi, a potem znowu tu wschodzi, powiedzieli, że słońce musi mieć podziemny korytarz. Nie są w stanie tego pojąć. Ciągle opierają się na autorytecie bigmana, szefa wioski. Jeśli biały mówi inaczej, to znaczy, że oszukuje.

Red. - Co chciałby Ksiądz przekazać Czytelnikom "Horyzontów Misyjnych"?
Ks.
- Pozdrawiam wszystkich Czytelników bardzo serdecznie oraz polecam się w modlitwie.

Rozmawiała: Jolanta Fidura
Źródło: Horyzonty Misyjne nr 11 (2/2000)