Wyprawy do buszu PDF Drukuj Email
Wpisany przez ks. Marian Wierzchowski SAC   

Zauważyłem, że do stacji zaczęło przychodzić dość dużo młodych ludzi. Pytali o mnie. Spędzaliśmy wiele czasu na opowiadaniu i słuchaniu różnego rodzaju historyjek.
Pewnego razu postanowiłem wybrać się na szczyt Mount Turu. Powiedziałem o tym przybyłym do stacji chłopakom. Ucieszyli się z tego, bo przecież taka wyprawa to co najmniej cały dzień, a co za tym idzie - jedzenie, jakie ojciec (czyli ja) będzie musiał zabrać, no i oczywiście podzielić się z nimi. Ustaliliśmy termin wyprawy. Powiedziałem o tym proboszczowi. Posłuchał mnie uważnie, a następnie powiedział: ?Tak naprawdę, to nie polecałbym ci tej wyprawy ze względu na wioski adwentystów, jakie będziesz mijał po drodze, ale skoro tak bardzo chcesz, to nie ma sprawy?.

Planowanego dnia ruszyliśmy wcześnie rano. Była nas dość spora grupa, a po drodze przyłączyło się jeszcze kilku chłopaków. Ostatecznie cała wyprawa liczyła 12 osób. Wziąłem ze sobą dwa plecaki jedzenia - w większości były to słodkie ziemniaki, parę puszek mielonki, kilka kiści bananów, popa i ananasy. Plecaki dałem chłopakom, którzy sami garnęli się do noszenia. Wczesnym rankiem byliśmy już na trasie. Po kilku kilometrach mijaliśmy pierwszą wioskę Adwentystów Dnia Siódmego. Prawdopodobnie było jeszcze za wcześnie, aby stało się cokolwiek. Minęliśmy tylko parę kobiet zdążających na market.

 

Oczywiście chłopcy od samego początku tłumaczyli, gdzie i z kim idą. Kiedy przeszliśmy jeszcze parę kilometrów natknęliśmy się na kolejną wioskę, gdzie, niestety, nasza wyprawa zakończyła się. W pewnym momencie podbiegła do nas grupka chłopaków z tej wioski. Nastąpiła dość ostra wymiana słów, niestety nie rozumiałem treści dyskusji, gdyż odbywała się ona w lokalnym narzeczu. Orientowałem się jedynie, że chodzi tu o mnie, gdyż co parę wyrazów powtarzało się słowo pater, co znaczy w języku pidgin ojciec. Jeden z naszych chłopaków starał się rozmawiać z chłopakami z tej wioski, ale niestety cała rozmowa zakończyła się dość poważną bójką, w którą musiałem ingerować. Krzyknąłem wtedy: ?Czy Chrystus, w którego wy wierzycie uczy was bić i nienawidzić drugiego człowieka??. Zaprzestali bójki, ale okazało się, że dalej iść nie możemy. Inną drogą wracaliśmy z powrotem. Po drodze zatrzymaliśmy się gdzieś w buszu, rozpaliliśmy ogień i przyrządziliśmy sobie ucztę ze słodkich ziemniaków i mielonki. Kiedy siedzieliśmy razem, rozkoszując się smakiem przypalonych kartofli, dowiedziałem się od chłopaków, jakimi epitetami zostałem opisany. Okazało się, że ojciec Toth miał rację. Nieudana wyprawa przyniosła mi jednak nowe doświadczenia.

Postanowiłem wtedy, że nie będę planował większych wypraw i postanowiłem ?zwiedzać? busz w okolicach parafii.

Pierwszą z takich wycieczek była wyprawa ?na rajskiego ptaka?. Nasłuchałem się mnóstwa historyjek o tych ptakach, dlatego też zebrałem grupę starszych chłopaków, spakowałem kamerę video i udaliśmy się głęboko w busz, parę kilometrów od stacji Yangoru. To rzeczywiście było niesamowite przeżycie. Przedzieraliśmy się przez gęste zarośla, aż wreszcie dobrnęliśmy do wysokich drzew, gdzie czekaliśmy popołudnia. Po południu spada deszcz, a po deszczu można zobaczyć te przecudne stworzenia tańczące i nawołujące się przeraźliwymi okrzykami. Jedynie raz miałem okazję zaobserwowania tych wspaniałych ptaków, podziwiania ich kolorowych piór.

Gwinejczyk czuje się w buszu bardzo bezpiecznie, a przy tym ma wysoko rozwinięty zmysł polowania. Kiedy wracałem z grupą młodych chłopaków z jednej z kolejnych wypraw, zobaczyłem pięknego, białego żurawia. Ptaki te często można zobaczyć na otwartych przestrzeniach, a także na mokradłach. Zobaczyłem reakcję chłopaków - w jednym momencie zapragnęli upolować to śliczne stworzenie. Jeden z nich zbliżył się nieco do żurawia i nagle rzucił patykiem w stronę ptaka. Żuraw już prawie unosił się nad ziemią, gdy nagle szybujący patyk trafił jego unoszące się skrzydło. Ptak zachwiał się w powietrzu i zniżając lot dotknął ziemi nogami. Było to znakiem dla pozostałych chłopaków, którzy w mgnieniu oka znaleźli się obok opadającego żurawia. Nie zdążyłem jeszcze wypowiedzieć słowa, kiedy chłopcy trzymali już w swoich rękach przerażonego żurawia, wydając przy tym niesamowite okrzyki zwycięstwa

Wyglądało jakby żądza zabijania zawładnęła tymi młodymi duszami. Nie liczyły się już wtedy żadne uwagi, wypowiadane pod adresem młodych myśliwych. Wszyscy, zwartą grupą podążali główną drogą wioski, trzymając w dłoniach okaleczonego i przestraszonego żurawia. Kiedy pierwsze emocje minęły i można było w jakiś sposób dotrzeć do ich świadomości zapytałem głównego myśliwego: ?Dlaczego go złapałeś??. Na początku nie był w stanie mi odpowiedzieć. Prawdopodobnie pytanie to wydawało mu się niestosowne. Ale kiedy wreszcie dotarła do niego istotna treść tego pytania, odpowiedział mi po prostu: ?Dlatego, aby się nim opiekować?. ?To tylko dlatego, aby zaspokoić pragnienie opiekowania się tym wolnym stworzeniem zniewoliłeś je?? - pomyślałem.

Człowiek z buszu inaczej traktuje przyrodę, to wszystko, co go otacza. Człowiek biały pod wpływem cywilizacji, patrzy na przyrodę jako relikt i pragnie ją zachować, gdyż ma świadomość, że na ziemi zostało mało takich zakątków, gdzie ręka ludzka nie dokonała jeszcze zniszczenia. Gwinejczycy, żyjący w dżungli od tysięcy lat, traktują ją jako cząstkę siebie, gdzie polowanie czy inne wykorzystywanie natury jest jednym z podstawowych zadań, któremu nikt się nie dziwi i które każdy wypełnia. Przybywający do PNG turyści bardzo charakterystycznie reagują na znalezione w dżungli puszki po coca coli czy też innego rodzaju wytwory cywilizacji białych, nie zdając sobie sprawy z tego, że Gwinejczyk obcował z przyrodą tak jak obecnie obcuje z wytworami cywilizacji białych. I tak jak kiedyś wyrzucał zużyty liść czy kwiat, który już zwiądł, tak obecnie wyrzuca bez zastanowienia opakowania, torby czy puszki.

ks. Marian Wierzchowski SAC
Horyzonty Misyjne 10