Droga do Wilaru PDF Drukuj Email
Wpisany przez ks. Marian Wierzchowski SAC   

Jechałem odprawić Mszę św. do Wilaru, małej wioski leżącej na niewielkiej górce, oddalonej od Yangoru około 15 km. Nazwę swoją otrzymała od imienia założyciela tej placówki, ojca Wiliama Mormana. Droga była niesamowicie trudna, nie dosyć, że gliniasta, to jeszcze rozmoczona poprzedniego dnia ulewnym deszczem.

Dojechałem do połowy drogi i utknąłem na podjeździe pod górę. Nagle zjawił się obok mnie młody chłopak z sąsiedniej wioski. Poprosił, aby zabrać go ze sobą do Wilaru.

Pomyślałem, że może to być całkiem dobry pomysł, a pomoc chłopca pewnie się przyda, bo prawdopodobnie jeszcze nie raz utknę. Wypchnęliśmy jakoś samochód z gliny i ruszyłem dalej. Ostatni podjazd pod górę był najbardziej niebezpieczny. W dole przed podjazdem czekał mnie jeszcze dość wąski mostek. Kiedy stanąłem kołami na mostku poczułem, że samochód zaczyna powoli zsuwać się na bok. Zawisłem z dwoma kołami opartymi na moście, a pozostałymi już w powietrzu. Krzyknąłem do chłopaka siedzącego obok: ?Wyskakuj!?. Zrobił to bardzo zwinnie. Pobiegł szybko i zawołał ludzi z wioski. Zbiegli się dość licznie. Wymagało nie lada sprytu, aby samochód, wiszący już w połowie nad przepaścią, ponownie wydobyć na mostek. Cały czas miałem jeszcze przed oczami swój ostatni wypadek. Czułem, jak zmieniał się środek ciężkości, jak bujał się samochód. Z chwilą, gdy stanął na moście czterema kołami, poczułem niesamowitą ulgę, a gdy otarłem czoło, rękę miałem mokrą od potu.

W drodze powrotnej do głównej stacji na moście nie miałem już żadnego problemu. Glina wyschła i samochód dość dobrze trzymał się nawierzchni. Przejechałem jeszcze parę kilometrów i pojawiło się upragnione słońce. Zatrzymałem samochód nad rzeką, żeby go umyć z błota. Powiedziałem chłopcu, aby wziął się za mycie samochodu. Ja natomiast zacząłem szukać czegoś, co mogłoby ułatwić to mycie - jakiejś szmaty, gąbki czy czegoś podobnego. I, jak na złość, nic nie mogłem znaleźć. Wówczas chłopak, początkowo myjący samochód gołymi rękami, zdjął swoją, prawdopodobnie jedyną, koszulkę, i umył nią cały samochód. Próbowałem mu na początku przerwać i powiedzieć, że szkoda koszulki na mycie samochodu, ale to nic nie zmieniło. Popatrzył na mnie i powiedział: ?Nie przejmuj się, koszulkę się upierze, a ty będziesz miał czysty samochód?. Poczułem się bardzo podle i, tak naprawdę, nie cieszyłem się z umytego samochodu. Kiedy po kilku dniach odwiedziłem wioskę chłopca i dałem mu nową koszulkę. Był całkowicie zaskoczony. Wtedy jednak poczułem spokój sumienia i powiedziałem sobie, że nie będę więcej prosił nikogo o umycie samochodu, jeżeli nie będę posiadał niezbędnych do tego rzeczy.

ks. Marian Wierzchowski SAC
Horyzonty Misyjne 9