Niedziela Palmowa PDF Drukuj Email
Wpisany przez ks. Marian Wierzchowski SAC   

Niedzielę Palmową przeżywałem na głównej stacji Yangoru. Pierwszy raz prowadziłem wtedy samodzielnie uroczystą liturgię. W Papui Nowej Gwinei ceremonia Niedzieli Palmowej jest powiązana z procesją Krzyża. Kapłan po poświęceniu palm, uroczyście wprowadza krzyż do świątyni, podczas śpiewów całego zebrania liturgicznego. Szczególną uwagę zwróciłem na dekoracje. Kościół wyglądał zielono. Powstawiane w całości drzewa po obu stronach wzdłuż nawy głównej robiły niesamowite wrażenie

Przypominało to do złudzenia ścieżkę biegnącą wzdłuż tropikalnego lasu, gdzieś wewnątrz głębokiego buszu. Procesja wyglądała bardzo oryginalnie. Ludzie, przystrojeni w zielone liście bananowców, nieśli palmy wymachując nimi przed idącym środkiem kapłanem niosącym duży, kwilowy (rodzaj drzewa) krzyż.

Uroczystości zakończyły się i ludzie powoli zaczęli opuszczać stację misyjną. Pozostała jedynie młodzież grająca w siatkówkę. Część jeszcze siedziała w grupie, śpiewając religijne pieśni i przygotowując liturgię Wielkiego Tygodnia.

Zdałem sobie wtedy sprawę, że przecież ta stacja misyjna jest w centrum uwagi tych wszystkich ludzi, oddalonych o dziesiątki kilometrów od głównych miast. Niedzielna liturgia była rzeczywiście czymś oczekiwanym i przygotowywanym z zaangażowaniem przez poszczególne wioski. Bardzo często można było zauważyć rywalizację między wioskami. Każda, nawet najmniejsza wioska, chciała pokazać się z jak najlepszej strony. Już w sobotę sprzątano i ustrajano kościół, cięto trawę oraz przygotowywano liturgię, czyli czytania i śpiewy podczas Mszy, czasami nawet komentarze do czytań mszalnych. Gwinejczycy garnęli się do czynnego uczestniczenia we Mszy św.

Pewnego razu sprawowałem Mszę św. w jednej z dość daleko oddalonych wiosek. We Mszy św. uczestniczyła cała wioska. Kiedy zapytałem, kto mógłby przeczytać lekcję, rękę podniósł starszy pan. Zaprosiłem go przed ołtarz i zauważyłem radość na twarzy wybranego przeze mnie lektora. Kiedy, już podczas Mszy, szedł do ambonki, aby przeczytać lekcję - zobaczyłem z jakim namaszczeniem niesie Biblię. Stanął na miejscu czytania, popatrzył uważnie na wszystkich zebranych i wtedy zaczął szukać czegoś po wszystkich kieszeniach. Za chwilę z jednej z nich wyciągnął okulary i powolnym, ale zdecydowanym ruchem umieścił je na nosie. Otworzył Biblię i wpatrywał się w nią, jakby pierwszy raz na oczy ją widział. Po czym odwrócił się do mnie i powiedział stanowczym głosem: ?Ojciec, ale ja nie umiem czytać.? Rozśmieszył mnie ten fakt i chociaż zaraz znalazł się ktoś z ludzi do czytania, zdarzenie to wyraźnie ukazało psychikę Gwinejczyka. Nie jest ważne umiem czy nie umiem czytać, ważne jest, aby pokazać się, zwrócić na siebie uwagę. Często, gdy uczestniczyłem w różnego rodzaju spotkaniach, zaobserwowałem, że większość z zabierających głos nie miała praktycznie nic ciekawego do powiedzenia, popierali tylko poprzednika. ?Mi laik sapotim tok bilong brata bilong mi? <popieram to, co mówi mój brat (przedmówca)> - to stwierdzenie było jednym z najczęściej stosowanych określeń na wszelkiego rodzaju zebraniach.

Okolice Yangoru, położonego malowniczo tuż u podnóża Mount Tur, były gęsto zadrzewioną dżunglą. Z kilku sąsiednich wiosek wiodły drogi do Yangoru, wytyczone ze względu na szpital i kilka sklepów. Często jednak widziało się grupkę ludzi skupionych wokół marketu, sprzedających podstawowe produkty rolnicze jak: taro, kawka, trzcina cukrowa, a przede wszystkim buai. Całe życie toczyło się praktycznie przy marketach. Tutaj załatwiało się wszelkiego rodzaju transakcje. Można było dowiedzieć się o wszystkich wydarzeniach z ostatnich chwil i poznać najnowsze plotki. Tam też przez parę tygodni bardzo gorąco komentowano wypadek samochodowy nowego księdza.

ks. Marian Wierzchowski SAC