Wewak PDF Drukuj Email
Wpisany przez Ks. Krzysztof Morka SAC   
czwartek, 29 stycznia 2009 22:42

Misjonarze pisząPodczas powodzi, która nas ostatnio nawiedziła wskutek ataku wysokich fal oceanicznych, został uszkodzony port towarowy i pasażerski. Podmyte zostały filary i groziło zawalenie rampy, na której też powstały drobne pęknięcia. W wielu miejscach było też uszkodzone nabrzeże.

Statki pasażerskie przez kilkanaście dni cumowały na redzie, a pasażerów do portu przywożono małym łódkami. Nimi też dowożono pasażerów na kolejny rejs. Została też uszkodzona rura, którą przetaczano paliwo do zbiorników na lądzie. Do dnia dzisiejszego są problemy z dostawami (rozładunkiem statków) wszelkich towarów spożywczych i przemysłowych. Jednak największym problemem są braki dostaw paliwa.

Dziś, po tych grudniowych, wysokich falach, Wewak zmieniło ...

... swoje oblicze i aż trudno się do tego przyzwyczaić.

Jadąc nadmorskimi drogami, jedzie się jak przez pustynię. Po obydwu stronach drogi wysokie zwały piachu naniesionego przez wodę i tylko prowizorycznie rozgarniętego (jak w Polsce zimą śnieg). Na niektórych odcinkach drogi zostałą jedynie połowa asfaltu. Powstały głębokie wyrwy. Jeden odcinek z mostem do dziś nie został naprawiony i udostępniony.
Po obydwu stronach wystają jedynie kikuty palm kokosowych, bułaju, sagsagu... nie ma zielonej trawy ni kwiatow. Wszystko czarne, jak po pożodze. A to "robota" słonej wody.

Zostało zniszczone naturalne wybrzeże. Woda przelewała się na kilkadziesiąt, a niekiedy na kilkaset metrów w głąb lądu. I tam, gdzie dotarła - dokonała swego niszczycielskiego dzieła. Roślinność nie zniosla takiej ilości soli.

Smutny i przygnębiający to widok. Nawet wokół naszego Kościoła i domu w Boram.
Ilez to czasu będzie potrzeba, by ziemia i natura zniwelowały duże ilości naniesionej soli i pozwoliły na nowo wzrastać roślinności?

Dla nas - od strony praktycznej - też dało się to wszystko odczuć.
Bo został zniszczony port w Wewak. Przez około dwa miesiące liczyliśmy się z każdym litrem paliwa. Były już dosłownie "opary". Tankowiec nie był w stanie zawinąć do portu, by przepompować ropę.
Rozwinął się czarny rynek, gdzie cena np. nafty przekraczała niekiedy dziesięciokrotnie normalną stawkę.

Gdyby tak dalej trwała taka sytuacja, to groziło nam nawet "odcięcie od świata", gdyż generatory w naszej elektrowni pracują na ropę. Jakby zabrakło prądu to i cała komunikacja (internet, telefony) siadłaby.

Ale od ubiegłego tygodnia życie zaczyna się trochę normalizować.
Coś tam naprawiono w porcie. Dotarło paliwo. Wszyscyśmy odetchnęli z ulgą. Bo naprawdę nie było wesoło.

Dzięki - tym wszystkim, którzy w tych dniach trzymali za nas swoje "duchowe kciuki".

Ks. Krzysztof Morka SAC