... i słonecznie PDF Drukuj Email
Wpisany przez Ks. Dariusz Woźniak SAC   
wtorek, 06 maja 2008 23:54

Z życia misjonarzyJak to zawsze bywa: po nocy przychodzi dzień, a po burzy słońce - czas wreszcie popływać też i po normalnych, spokojnych wodach.

Kiedyś opisywałem zmagania z morzem, deszczem i wiatrem podczas moich pierwszych oceanicznych podróży do wiernych na wyspach. By jednak nie pozostawiać Was, Drodzy Czytelnicy, w przeświadczeniu, iż jest tu tylko pochmurno, deszczowo, ponuro i burzowo "choć tak brzmi dramatyczniej i ciekawiej" dziś będzie słonecznie i pięknie.
Ale cofnijmy się jednak do początku...

Trochę doszedłem do siebie po ostatnich, bynajmniej niezamierzonych, wyczynach, które mnie samego zadziwiły, a że minęło kolejne parę miesięcy pracy na drugiej parafii i zmagań z biurokracją oraz problemami poszukiwania środków i zagranicznych dostawców osprzętu do łodzi, uwieńczonych ...

... praktycznie prawie zupełnym fiaskiem, przyszła kolej, by urwać się nieco od "cywilizacji".

O brzasku, w porannych promieniach słońca zarzuciliśmy nasza łupinkę prawie po same brzegi tym, co będzie potrzebne oraz tym, co bezpieczniej mieć, ale lepiej, aby nie było potrzebne. Łódka zatrzeszczała, silnik jęknął z rozpaczy na sam widok tego, co go znów czeka, no i "poszły konie po betonie" - te mechaniczne zatupały z żalem i wysiłkiem w silniku, a morze przywitało nas lekką bryzą spod łódki prosto w twarz. A to wszystko jeszcze przed szóstą rano.

Początek podróży zawsze jest piękny - wschodzące słońce zmywa swymi promieniami sen z zaspanego jeszcze oblicza ziemi i budzi płynącego swym ostrym światłem. Dziesięć minut później jest już zupełnie jasno, a słonko całkiem wysoko. Osłonięci dużą wyspą od północy i północnego-zachodu płyniemy prawie "jak po stole". Wspaniały widok, przed nami otwarte morze, a tuż obok nas, po lewej, ściana lasu tropikalnego. Później już będzie tylko sama woda i świadomość, że do stałego lądu jest kilkadziesiąt kilometrów.

Pół godziny sielanki i dopiero zobaczymy, co nam dzisiaj zgotował ocean - taka niespodzianka przed śniadaniem. Przecież w życiu nie wolno się nudzić. Zakrawałoby to niemalże na dużą niegrzeczność, bo jak można się nudzić w tak pięknym świecie.
Tym razem będzie to długa podróż, prosto na ostatnią wyspę mego małego archipelagu - Biem.

Ocean przywitał nas niewiarygodnym spokojem. Delikatny wiatr w plecy popychał nas do przodu, a zazwyczaj zmienne prądy morskie tym razem niosły nas w dal. Na pożegnanie z częścią przybrzeżną pewien wieloryb "pomachał" nam jeszcze ogonem. Przepływał bardzo blisko, dając znać o sobie wydmuchiwanymi na kilka metrów fontannami wody. Miło było na niego popatrzeć i pomarzyć, że ta, co chwilę wynurzająca się, płetwa ogonowa machała nam na drogę.

Czas odmierzany pozycją mojego przesuwającego się po dnie motorówki cienia oraz ilością opróżnianych butelek wody wskazywał, że dopływamy. Siedem godzin z małym haczykiem naprawdę spokojnej żeglugi przywiodło nas do brzegów wyspy BIEM. Szkoda, że mój towarzysz podróży w ogóle nie był zainteresowany łowieniem ryb. Wędka wyraźnie na niego "szczekała" i "gryzła" po palcach. Nawet nie chciał jej dotknąć. No cóż, kolacja będzie z konserwy.

Na brzegu powitali nas mieszkańcy, którzy, z profesjonalną niemalże zręcznością, w mgnieniu oka wynieśli łódkę na brzeg, rozładowali ją i wszystko zanieśli do domu. Kilkanaście minut później byliśmy w domu. Teraz trochę grzecznościowych rozmów i bieżących spraw oraz ustaleń na jutro i wyrozumiałość parafian wzięła górę nad ciekawością, bo zostawili proboszcza samego, by się zagospodarował i odpoczął po podróży. Zimny prysznic i kubek kawy okazały się niemal zbawienne. Wreszcie można sobie spokojnie usiąść.

Nowy dzień przyniósł nowe wyzwania. Tym razem "w poczekalni" było parę chrztów i Pierwsza Komunia. Po załatwieniu spraw administracyjnych i sprawdzeniu wiedzy rodziców ustaliliśmy, że chrzty będą w poniedziałek - ostatniego dnia mojego pobytu na wyspie. Dziś dzień spotkań, dyskusji i ustaleń. Trzeba pamiętać, że duszpasterstwo tutaj oparte jest bardzo mocno na ludziach świeckich i to wcale nie statutowo, ideologicznie i legitymacyjnie. To jest po prostu życiowa konieczność. Trzeba więc dbać o to, by byli do tego jak najlepiej i na bieżąco przygotowani, wówczas też lepsze będą owoce ich pracy, a kapłan będzie miał mniej kłopotów.
Każda wyspa to praktycznie odrębny świat i właściwe tylko sobie problemy, a ponieważ przez następne dwa do trzech miesięcy będą zdani tylko na siebie, więc lepiej wszystko ustalić i zaplanować jak najdokładniej.

Po południu mamy już wszystko obgadane. Każdy z prowadzących przygotowanie wie, co i kiedy ma zrobić i kogo przygotować. Liderzy też dostali swoje zadania i sprawy do zorganizowania. Zostało również ustalone, co trzeba będzie naprawić lub zrobić. Zaś nadzwyczajni szafarze Eucharystii mają do jutra przygotować wszystkich chorych i starszych na wizytę księdza. Można wreszcie zakończyć.
Myślę, że oni też już mieli dość. Co z tego wszystkiego wyjdzie - pokaże czas i okaże się podczas mojej następnej wizyty.

To ciekawe - kiedy wszyscy już poszli, nastała głęboka cisza, choć mój dom stoi w samym środku wsi i wokoło pełno ludzi i domów. Czasem tylko słychać, jak ktoś siekierką dłubie kanu lub zapłacze jakieś niemowlę. Ale za to zawsze słychać szum morza oraz różne "ćwirki" i kolibry. Te ostatnie dość szybko się do mnie przyzwyczaiły i jeśli siedzę spokojnie na werandzie, która jest jednocześnie pokojem i jadalnią, przylatują gromadnie posiedzieć sobie i dotrzymać mi towarzystwa. Takie małe, żółte, z brązowymi skrzydełkami i główką, z zakrzywionym dziobkiem i strasznie ruchliwe. Pomagają jednak odetchnąć i zrelaksować się po tak "dyskusyjnym" dniu. Święty Franciszek pewnie powiedziałby: "fajni kumple".

Doświadczenie następnego dnia jest zupełnie inne. Widok choroby i cierpienia nie należy do szczególnie pocieszających. Szkoda, że mimo często dość prostych i uleczalnych schorzeń, tylu ludzi musi cierpieć, bo nie ma dostępu do opieki medycznej i lekarstw. Monotonia i brak nadziei na poprawę sytuacji pozostawia organizmowi samodzielne uporanie się z chorobą. Czas i siła to najczęstsi lekarze i lekarstwa. Zadziwiające jest to, że mimo to ludzie potrafią się uśmiechać i nie upadać na duchu. Na tej wyspie żyje około półtora tysiąca ludzi, więc i chorych i starszych do odwiedzenie też się trochę uzbierało.

Ale teraz trzeba uzbroić się w cierpliwość na jutro, bo z dziećmi nie będzie tak lekko. Grupa nieduża - jakieś czterdzieścioro mądralińskich, ale przepytać trzeba wszystkich, żeby nie myśleli sobie, że będzie za łatwo. Podobno obawa przed egzaminem może być niezłą motywacją do nauki - zobaczymy. W sumie przecież chodzi o to, by posiadły wymaganą wiedzę i to na całe życie. Nie było źle.

Z wyjątkiem małych "numerów" w stylu: Maryja i Józef w Trójcy Świętej, 10-cioro sakramentów oraz małych nieporozumień, które dotyczyły praktyk pogańskich: na czym polega ich praktykowanie lub powrót do nich - reszta poszła dobrze. Zresztą nieporozumienia zaraz naprawiliśmy. Wszyscy zdali, a na próbie nawet byli posłuszni i szybko połapali, o co chodzi.
Wielki dzień czeka na nich jutro.

W niedzielę uroczystość była naprawdę doniosła. Wszyscy kandydaci byli poubierani w białe spódniczki z trawy lub w odpowiednie przepaski dla chłopców. Pióra, muszelki i dużo brzękania oraz kundu - czyli bębenków. Skupienie i oczekiwanie malowało się na twarzach moich "świętoszków", bo takimi powinni być po wczorajszej spowiedzi. A to jak wypadła musi pozostać tajemnicą na zawsze. Choć dla mnie to już nie pierwsza Pierwsza Komunia Święta, ale mam nadzieję, iż pierwszokomunijnym dzieciom zapadnie w pamięć na zawsze, podobnie jak każdemu z nas nasza własna.
Po południu czekał na nas jeszcze bumkaikai czyli wspólny posiłek dla przypieczętowania całego wydarzenia.

W poniedziałek na Mszy Świętej sześcioro małych dzieci zostało chrześcijanami. Ceremonia prosta, ale wymowna. Podczas chrztu obmyto je z grzechu pierworodnego, nadano im imiona i nakazano rodzicom wychowanie ich po katolicku. Tak chyba najprościej można by opisać to, co miało miejsce.
Ale za to, ile jest misterium i dostojeństwa w prostocie ceremonii tego sakramentu.

Zawsze zadziwiało mnie to, że każdego dnia, nawet w najzwyklejszy dzień tygodnia i bez żadnych wydarzeń, na każdej Mszy Świętej jest tutaj przynajmniej połowa mieszkańców wyspy. O takiej frekwencji na porannych Mszach św. niejeden proboszcz może tylko pomarzyć. Tutaj nie muszę, bo tutaj wierni są zawsze.

Wizyta na wyspie Biem dobiegła końca. Teraz jeszcze tylko zygzakiem, z belki na belkę, by nie przelecieć przez podłogę, a pozbierać i spakować wszystkie potrzebne "zabawki" i jutro ruszamy w drogę.

Kolejny dzień to kolejna wyspa - tym razem będzie to Ruprup. Podobne zajęcia i obowiązki, ale na szczęście podróż pomiędzy wyspami jest znacznie krótsza i pogoda wspaniała - słonko i morze jak marzenie. Wizyta przebiegła sprawnie. Tutaj Pierwsza Komunia będzie dopiero za parę miesięcy, a przygotowania do chrztów i ślubów idą pełną parą. Przy następnej wizycie będzie co robić.
Spowiedź, wizyty u chorych, spotkania, dyskusje i Msze Święte już za nami. Bagaże też już spakowane i gotowe do drogi. Ale.... no właśnie - małe "ale".

Trzecia nad ranem - budzą mnie walące pioruny i ulewa. E... - myślę sobie, taki deszcz zazwyczaj nie trwa długo, przekręcam się na drugi bok i znów mnie nie ma. Sypiące się z dachu śmieci budzą mnie na dobre. Dom się trzęsie, bo piorun trafił w jakieś drzewo bardzo blisko nas. Zimno, ciemno i mokro - tak można by skwitować poranek dnia wyjazdu. Deszcz, zamiast przestać padać - jak wypadało, ustabilizował się i ze stoickim spokojem zraszał obficie okolice. Szkoda tylko, że dalej było ciemno i zimno.
Dzisiejszy wyjazd legł w gruzach, ale za to u schyłku dnia "poległa na polu chwały" następna książka. Tym razem już ostatnia. Deszcz "otrzymał zakaz padania" w dni wyjazdowe.

Był to najcichszy i najspokojniejszy dzień przez cały patrol po wyspach. Nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą nie przyszedł na stację. Deszcz to bardzo skuteczne narzędzie trzymania ludzi w domach - wszyscy mają doskonałą wymówkę, by nic nie robić. I każdy może oddać się najulubieńszemu zajęciu w życiu - czyli chwalebnie "polec w bitwie ze snem".
No cóż, ja sobie mogę planować, a Pan Bóg i tak swoje przeprowadzi. Dzięki Mu za ten dzień przerwy i odpoczynku!

Wraz ze świtaniem i słonkiem ruszyliśmy na zachód, by po opromienionych słońcem wodach oceanu dotrzeć do kolejnej wyspy. Słońce poprawia jeszcze nieco odcień mojej opalenizny. Teraz jest już bliższy koloru kawy - ale bez mleka. Moi współbracia śmieją się, że z takim kolorem mają kłopoty z odróżnieniem mnie od tubylców w tłumie. Czyżby daltoniści?

Regularność wizyt pozwala uregulować pracę, ale i tak nigdy nie jest to dosyć, by do końca zaspokoić potrzeby. Dopiero w takiej sytuacji widać, jakimi szczęściarzami jesteśmy w Polsce, gdyż ksiądz jest zawsze "w zasięgu ręki", a jeszcze można na niego przy okazji ponarzekać.

Z wyspy na wyspę, parę dni tu, parę dni tam i tak dobiega końca, trwający trzy tygodnie, z "małym haczykiem", objazd parafii. Dziś wracamy.

Po ostatnich trzech wietrznych dniach morze się trochę wzburzyło, ale do krytycznego stanu jeszcze daleko. Na razie fale mają po dwa metry, można więc płynąć. Jedynemu członkowi mej załogi nieco obiło tę i ową część ciała podczas spadania z fali - co od czasu do czasu nam się przydarzało.
Z czasem wiatr się trochę wzmógł i doszedł jeszcze element "mokry", bo bryza rozbijanych grzbietów fal spadała mi prosto w oczy. Ale mówią, że solone dłużej trzyma się świeże. Jako rekompensata pięknie świeciło słońce - czyli jeszcze coś pozostało z tytułu tego artykułu.

Było więc słonecznie.

Ks. Dariusz Woźniak SAC