Kiedy odwiedzam chorych w szpitalu PDF Drukuj Email
Wpisany przez Br. Janusz Namyślak SAC   
czwartek, 10 maja 2007 08:06

Z życia misjonarzy
Na terenie naszej parafii Boram znajduje się szpital miejski - jedyny w całej prowincji. Kapelanem w nim jest ks. Paweł Kotecki SAC. Do szpitala chodzimy na zmianę.

Co wtorek odwiedzam chorych, udzielając im Komunii św. Ale w szpitalu można spotkać wiele osób, które nie mogą przyjmować Pana Jezusa w Komunii św. Powody są bardzo różne: posiadanie dwóch lub więcej żon, niezawarte małżeństwo kościelne (jedna żona - lecz nie mają uregulowanych pozostałych sakramentów) lub jedno ...

... jest innego wyznania itp. Jednak zawsze pozostaje wspólna modlitwa. A tej bardzo potrzebują.

Podczas odwiedzania chorych spotykam się z cierpieniem, jakiego doświadczają. Często bywa, że do szpitala przychodzą w ostateczności. Najpierw próbują się leczyć w swoich wioskach, tradycyjnie - ziołami. Kiedy nie pomaga, idą do glasmana - czarownika. Gdy i jego metody uzdrawiania nie skutkują, jadą do szpitala.

Spotykam wiele osób chorych na malarię mózgową. Jest bardzo niebezpieczna. Wcześnie podane leki mogą pomóc i chory powraca do zdrowia. Zaniedbana, często prowadzi do śmierci. Bardzo dużo ludzi choruje też na gruźlicę, której leczenie jest długotrwałe. Prawie pół roku trzeba zażywać lekarstwa. Coraz częściej spotykam ludzi chorych na AIDS. Jeszcze tak niedawno prawie nic o tej chorobie nie mówiono, choć już była. Teraz sytuacja się zmienia i coraz więcej informacji można przeczytać w gazetach lub ulotkach.

Moja wizyta w szpitalu nie zawsze jest mile widziana - wielu chorych innego wyznania odwraca się tyłem do mnie, kiedy prowadzę modlitwy przed przyjęciem Pana Jezusa w Komunii św. Ale bywa też i tak, iż chora osoba wstaje z łóżka i klęka w momencie, gdy wchodzę do sali. Świadczy w ten sposób, że jest osobą wierzącą i oczekuje Pana Jezusa w Komunii św. Są to bardzo miłe i radosne chwile dla mnie.

Kiedyś spotkałem dziewczynkę mającą dziesięć, może jedenaście lat. Obie rączki miała w gipsie. Zapytałem jak się nazywa, skąd pochodzi oraz co się stało. Odpowiedziała, że na imię ma Margaret i pochodzi z małej wioski w buszu. Tato wysłał ją po kokonasy (orzech kokosowe) na drzewo. Była już prawie na czubku, kiedy sznurek, którym miała związane nogi (żeby łatwiej się wspinać), pękł i spadła, łamiąc obie ręce. Tak lenistwo i głupota ojca o mało nie przyprawiły córki o trwałe kalectwo. W szpitalu siostra Josef poskładała jej ręce i włożyła na kilka tygodni w gips.

Podczas tych wizyt bywają też bardzo trudne chwile. Pewnego razu, jak zwykle, wszedłem do jednej z sal i zapytałem, czy ktoś chce przyjąć Komunię św. Zgłosiła się jedna osoba.

Podszedłem do łóżka i poznałem syna naszego pracownika oraz jego rodziców. Zapytałem, co się stało. Odpowiedzieli, że rano miał operację - chyba wycinali jakiegoś guza. Prawdopodobnie rodzice nie chcieli mówić wszystkiego. Miał podłączoną kroplówkę i bardzo ciężko oddychał. Upewniłem się, czy na pewno może i chce przyjąć Komunię św. Kiwał głową, że tak. Zapytałem jeszcze, czy może chce przyjąć sakrament chorych - wtedy zadzwonię po księdza do Wirui, bo ks. Paweł wyjechał. Usłyszałem, że nie trzeba. Zaczęliśmy więc modlitwy, a następnie udzieliłem Komunii św. Zauważyłem, że chory przyjmuje ją z trudem. Zaczekałem jeszcze chwilę, a potem poszedłem do kolejnych sal.

Wracając, jeszcze raz zajrzałem, by zobaczyć jak czuje się chory. Już nie musiałem o nic pytać - chłopak zmarł. Bardzo to trudna chwila dla rodziny i osoby, która udziela Komunii św. Próbowałem ich pocieszyć, ale tak naprawdę sam potrzebowałem pocieszenia.

Kiedy odchodzi ktoś bardzo bliski, trudno nam się z tym pogodzić. Czasami potrzeba wiele czasu, żeby to zrozumieć. Gdy wróciłem do domu, spojrzałem na zegarek. Było kilkanaście minut po godzinie 15 - chłopak odszedł do Pana w Godzinie Miłosierdzia. Poszedłem do kaplicy, aby zmówić koronkę w jego intencji.

To tylko jeden przypadek, ale jest ich o wiele więcej - szczególnie na oddziale dziecięcym.
Trzeba jeszcze dodać, że warunki szpitalne są okropne. Rodzina musi się opiekować chorym, przygotowywać dla niego posiłki. Często opiekunowie śpią pod łóżkiem chorego. Pielęgniarki podają tylko leki. Lekarzy brakuje w każdej specjalizacji. Gdyby nie siostra Josef, pasjonistka - szpital byłby prawdziwą umieralnią. Wizyta księdza lub brata w szpitalu dostarcza chorym nadziei na wyzdrowienie, a przede wszystkim daje możność korzystania z sakramentów.

Br. Janusz Namyślak SAC