Spotkanie z duchem PDF Drukuj Email
Wpisany przez Ks. Paweł Kotecki SAC   
poniedziałek, 01 stycznia 2007 17:22

Misjonarze pisząCała historia miała miejsce w jednej z parafii, która swojego czasu nie miała księdza, a do której dojeżdżałem raz w miesiącu, w niedzielę.

Przez cały tydzień mieszkańcy owej parafii przygotowywali się do święta parafialnego: ćwiczyli śpiewy, tańce, procesje, ustalali jadłospis na wspólne jedzenie na zakończenie uroczystości, rozdzielali prace - co kto i za co odpowiedzialność przejmuje. Trochę już byłem tym zmęczony, ale na całe szczęście jest noc, która w Papui szybko zapada i człek może choć trochę odpocząć.

Pewnego wieczoru położyłem się spać tak jak Pan Bóg przykazał - koło 22:00. Około północy słyszę jak gdzieś na dole (dom księdza położony jest na górce) ktoś coś śpiewa. Zaczynam słuchać i słyszę: Jesus, marimari, Krais yu marimari (Jezu zmiłuj się nad nami, Chryste zmiłuj się nad nami). I tak przez pół godziny. Po pół godziny koniec śpiewu. Pomyślałem sobie, że parafianie ...

... nawet w nocy ćwiczą śpiewy na odpust parafialny. Zasnąłem.

Po pół godzinie znów zrywają mnie z łóżka śpiewy. I tak do 3:30 wytrzymałem: pół godziny śpiew, pół godziny przerwa. O 3:30 wstałem z łóżka, ubrałem się, wziąłem latarkę i poszedłem sprawdzić co się dzieje i powiedzieć ludziom żeby w końcu poszli spać i wstali punktualnie z rana. Szedłem za odgłosem śpiewów. Zszedłem z górki, potem zarosnięte wysoką trawą dawne lotnisko, kilka domów, w których spali ludzie, aż w końcu dotarłem do miejsca skąd rozlegały się śpiewy. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem namiot postawiony z bambusa przykryty ceratą a przy lampach zgromadzeni ludzie czuwający przy... trumnie.

Okazało się, że w nocy przywiezli ciało zmarłego i rozpoczęli czuwanie przy trumnie przed pogrzebem. Odwróciłem się i poszedłem spowrotem na stację nie mówiąc ani słowa. Kilku ludzi czuwających przy zmarłym zobaczyło mnie, ale też nie odezwali się ani słowem.

Po roku znów przyjechałem do tej samej parafii. W sobotę kiedy zakończyła się spowiedź rozmawiałem z niektórymi parafianami. Powiedziałem im, że w piątek jacyś pijacy rozrabiali na dole tak głośno, że człowiek nie mógł zmrużyć oka. Opowiedziałem im też historię z czuwaniem przy trumnie, o hałasach, śpiewach i mojej nocnej wyprawie w celu zbadania źródła zakłócania ciszy nocnej sprzed roku.

Jeden z parafian zaczął kontynuować moją historię i mówi: "Pater, ludzie, którzy czuwali wtedy przy trumnie, mówili że widzieli ducha. Zapytałem ich jak wygłądał. Powiedzieli, że bardzo wysoki, że blady jak nieboszczyk, włosy długie, proste tak na boki zaczesane. Przyszedł, nie powiedział ani słowa i zniknął w ciemnościach. Mówiłem im, że to Pater Paul z parafii Boram, że przyjechal na święto parafialne, ale Pater, oni nie uwierzyli. Do teraz są przekonani, że zmarły przyszedł do nich i chciał dać im jakiś znak."

Jaki znak??? Tego to już nie wiem. Może za rok będę wiedział coś więcej.

Ks. Paweł Kotecki SAC