Mokro, słono i wietrzno-słonecznie c.d. PDF Drukuj Email
Wpisany przez Ks. Dariusz Woźniak SAC   
poniedziałek, 20 marca 2006 10:29

Z życia misjonarzyDwa miesiące minęły szybko. Był to czas, którego bynajmniej nie przeleżałem do góry brzuchem. Ta parafia ma tylko siedem tysięcy mieszkańców, osiedlonych na dwóch wyspach w dwudziestu jeden wioskach.

Są tu trzy szkoły podstawowe i jedna średnia dla chłopców - wszystkie one są szkołami katolickimi. W tym czasie odbyły się też rekolekcje w każdej wsi i trzy pierwsze komunie - związana z tym cała tona papierów do wypełnienia. Tonięcie w papierach nie jest jednak moim hobby i kiedy tylko udało się przepchnąć taczki biurokracji za linię załatwione, przyszedł czas na kolejny rejs. Jeszcze tylko gruntowny przegląd silnika - tu pech. Główna część nośna konstrukcji silnika do motorówki bezpardonowo orzekła - "non serviam". Tym razem część trzeba było ...

... sprowadzić - zamówić w Australii, a przyszła prosto z Japonii. Miesiąc popłynął jak z płatka, a dobra pogoda i łagodne wiatry razem z nim.

Zaczęło się "Taleo" - to nazwa takiego wiejącego z zachodu wiatru o dużej sile, bardzo uciążliwego dla żeglarzy.

Zebrawszy się "w sobie" oraz wszystkie zapasy wiedzy i odwagi, na jakie mnie było stać, poszukałem śmiałka do załogi i popłynęliśmy. W cieniu wyspy było jeszcze spokojnie. Zaraz jednak poza nią pierwsza fala i pierwsze wiadro wody na twarz uprzytomniły nam, że sprawa nie będzie taka prosta i sucha jak ostatnio. Trzymetrowe fale robiły wrażenie. A pomocnik co piętnaście, dwadzieścia minut musiał wylewać wodę, która, choć wcale nieproszona, obficie wlewała się nam , do łódki. Cztery godziny z małym haczykiem i oto pierwsza wyspa przed nami. Ależ ulga, gdy podłoże jest stabilne i nic wokoło się nie rusza! No i oczywiście wszystko było nieźle zasolone. Gdybym od razu gotował obiad, wystarczyłoby ręką zamieszać w garnku, a obiad byłby osolony nawet w nadmiarze. Tego samego dnia przypuściłem jeszcze szturm na dach, by pozaklejać dziury, chociaż nad jednym pokojem do spania. Jakoś jeszcze nie polubiłem zimnych pryszniców w samym środku nocy. Wybrany, najmniej dziurawy, kawałek dachu został poddany kuracji i tym razem noc była sucha.

Dzień następny to same niespodzianki. Parafianie dopisali. Frekwencja prawie stuprocentowa i wszystko przygotowane. Tu muszę pochwalić katechistów i liderów parafialnych. Naprawdę się postarali i przygotowali ludzi uczciwie i porządnie. Nikt nie unikał odpowiedzi na zadawane pytania egzaminacyjne, a odpowiedzi w zasadzie były poprawne. Tego dnia związek małżeński zawarło 8 par, a następnego 36 dzieci i 1 dorosły przyjęło sakrament chrztu. Dorosły przygotowywał się już od ponad dwu lat. Tutaj nie ma białych sukien i smokingów czy garniturów. Bieda warunkuje ogromną skromność ubioru, a klimat jego skąpość. Niektórzy decydują się jednak na strój tradycyjny i oni właśnie dodają kolorytu i fantazji całym uroczystościom.

Kolejne dwa dni były niemalże powtórką, tyle że po drugiej stronie wyspy. Dwie i pół godziny pieszo w jedną stronę po plażach i klifach, i już jesteśmy na miejscu. Teraz ci, co przygotowywali ludzi do sakramentów, wraz z nauczycielami ze szkoły, dostali ode mnie nowe - bojowe zadanie, a mianowicie przygotować dzieci do I Komunii św. Mają na to pół roku. Cóż, nie będzie to dla nich łatwy orzech do zgryzienia, zwłaszcza że w trakcie proboszcz jeszcze ich sprawdzi.

Przyszła pora na następną wyspę. Przygotowania i podróż przeszły spokojnie. Kiedy dopłynęliśmy do zatoki, okazało się, że właśnie teraz jest odpływ i nie ma przejścia przez rafę koralową. Szczęśliwie, zatoka była po zawietrznej stronie wyspy - zakotwiczyliśmy poza rafą i odczekaliśmy parę ładnych godzin, huśtając się na falach, aż nadejdzie przypływ. Tym razem wizyta zapowiadała się krótko. Tutejszy szef wyspy na wstępie oświadczył, że wszystkie uroczystości trzeba będzie przenieść na następny raz, bo ostatnio u nich dużo się działo i nie dali rady odpowiednio się przygotować. No cóż, bywa i tak.

Podczas tej wyprawy odwiedziliśmy trzy takie wyspy. Na jednej z nich mieli żałobę po ofiarach, które zginęły, gdy ich motorówka zatonęła parę dni wcześniej na morzu. Na innej wyspie stracili motorówkę, ale na szczęście wszyscy się uratowali. Nie są to rzadkie przypadki na oceanie, ale zawsze potrzeba trochę czasu, aby po nich się pozbierać. Zwłaszcza że Papuasi są ludźmi uczuciowymi i bardzo żywo reagującymi na wszelkie życiowe wydarzenia - zarówno smutne, jak i wesołe. No cóż - trzeba się cieszyć z tego, co dobre, a współczuć tym, którzy mają kłopoty.

Cały patrol miał jednak bilans dodatni - mimo lawirowania w labiryncie dziur podłogowych czy mało szczelnych ścian. Więc należy się cieszyć.

W drodze powrotnej natura zafundowała nam niespodziankę. Kiedy byliśmy na otwartym morzu, zaczęło siarczyście lać i wiać. Przez cztery godziny nic nie było widać prócz deszczu. Jedynym wskaźnikiem kierunku był kompas, bo nie mam GPS-u. Wrażenie jest ciekawe, gdy nie widać nic oprócz wody przed, pod, nad i wokoło siebie i nie wiadomo, gdzie się płynie. Na szczęście nie ma czasu, by o tym myśleć i martwić się o to. Trzeba popracować i powojować nieźle, a tym, co zaprząta całą uwagę w danym momencie jest właśnie ta fala, z którą się akurat zmagam. Nie dało się popłynąć na żadną wyspę, bo nie wiadomo, gdzie one są. Parliśmy więc naprzód, aż przepłynęliśmy przez deszcz i, jak zwykle bywa po burzy, zaświeciło nam słonko. Jaka to ulga, gdy wreszcie cokolwiek widać i robi się ciepło! A dalej już było prosto, choć nie mogę powiedzieć - jeszcze niejednokrotnie musiałem nieźle zadzierać głowę do góry, by zobaczyć szczyt fali. Całość jednak zakończyła się szczęśliwie i wesoło. Dużo emocji i jeszcze więcej adrenaliny, ale warto było. W końcu misjonarz to ten, co z ludu został wzięty i do ludzi posłany - więc trzeba do nich iść. A że czasem droga jest trochę mokra i wcale nie całkiem równa, to cóż... (no i czasem trochę krócej się żyje...). O dużej łodzi to na razie jeszcze mogę sobie pomarzyć. Postoi sobie jeszcze w suchym doku odrobinę.

Tym sposobem życzę wszystkim czytelnikom  i przyjaciołom misji dużo uśmiechu i pozdrawiam.

Ks. Dariusz Woźniak SAC