Opowieści dziwnej treści czyli powrót z patrolu PDF Drukuj Email
Wpisany przez Ks. Gabriel Marciniak   
czwartek, 15 grudnia 2005 20:26

Twój udział w misjachRano, trzeciego dnia przygotowaliśmy się do wyprawy motorówką do parafii na rzece Sepik, gdzie Krzyś pracował przez pięć lat. Parafia i wioska nazywała się Palembai. Po godzinie płynięcia pod prąd dotarliśmy do celu.

Rzeka Sepik jest potężna, o silnym nurcie i dużych rozlewiskach, bogata w ryby. Jest niebezpieczna ze względu na żyjące tam krokodyle. I oczywiście wszechobecne komary nie dające spokoju. W wiosce przyjęto nas bardzo serdecznie, ale to pewnie ze względu na osobę Krzysia.

Dokładnie zwiedziliśmy Hausboy, pokazano nam, na czym polegała inicjacja. Tam też zostaliśmy obdarowani dużą liczbą prezentów. Także specjalnie dla nas odbył się koncert na garamutach. Rzecz niezwykle ciekawa i piękna, chociaż umiejętność powoli zanikająca. Na koniec poczęstowano nas pieczoną piranią i smażonym bananem. Potem już tylko powrót motorówką na stację misyjną. Krzyś pokazał nam, jak sam ...

... kiedyś prowadził taką motorówkę.

Kolejny dzień to powrót do domu. Dłubanką, czyli kanu dopłynęliśmy przez rozlewiska i kanały do Tomboli, a stamtąd już pieszo w stronę domu. W wolniejszym tempie i na krótszych dystansach. Po południu doszliśmy do wioski Sotange. Tam miała być Spowiedź św., Msza św., no i odpoczynek. Mieliśmy spać w jednej z chat, na palach, jakich tu wiele. Po wejściu zaczęliśmy się rozlokowywać, układając materace i rozwieszając moskitiery. Nagle z pod podłogi wypełznął sporych rozmiarów wąż. Wszyscy zaczęli go wypędzać. Udało się to Krzysiowi, a tubylcy na ziemi zabili tę "gadzinę" maczetami.
Okazał się on sporym przysmakiem. Został ugotowany, a my dostaliśmy po kawałku do spróbowania. Był chudy jak na węża, ale smaczny.

W tejże wiosce skorzystaliśmy z kąpieli w dole pełnym wody. Noc minęła spokojnie. Przed nami był już tylko ostatni dzień wędrówki z powrotem do Turinghi.

Po całym dniu, idąc w strugach deszczu i wpadając do ramion w bagno, przez wioskę Bimę, dotarliśmy do domu. Zmęczeni, poturbowani, z pokiereszowanymi nogami pełnymi bąbli, ale cali i szczęśliwi. Pod wieczór zatrzymaliśmy się na plebani. Była to sobota. W trasie byliśmy równy tydzień. Zrobiliśmy tzw. patrol, a więc obchód wiosek w celach duszpasterskich, jaki co dwa tygodnie przemierza Ojciec Krzysztof. Teraz czekał na nas zasłużony odpoczynek przez kolejny tydzień, ale wrażeń też było co niemiara. Chodziliśmy po okolicy, obserwowali ludzi i przyrodę.

Jednego dnia uczestniczyliśmy w pogrzebie zmarłej 17-letniej dziewczyny, niepełnosprawnej od urodzenia. Gdy przyszliśmy do wioski Rofundogum, zmarła leżała pod domem w drewnianej trumnie (domy są na palach). Zebrało się sporo ludzi, a także zwierząt, które chodziły sobie samopas. Obok na ziemi spała jakaś kobieta. Nikt nie zakładał odświętnych strojów, stali tak w codziennych, podartych ubraniach.

Cmentarz to kawałek placu porośnięty roślinnością, że aż trudno tam rozpoznać jakieś groby. Gdy są duże opady deszczu i nie można wykopać dołu, zmarłych umieszcza się na drzewach i czeka, aż ziemia obeschnie. Dopiero wtedy zakopuje się ciało w ziemi.

Po pogrzebie poszliśmy do innej części tej wioski, gdzie mieszkała Monika, wcześniej wspomniana towarzyszka naszego przemarszu. Jej rodzina specjalnie dla nas przygotowała pokaz songów, czyli miejscowych śpiewów i tańców w oryginalnych strojach papuaskich. Na co dzień miejscowi chodzą ubrani w nasze ubiory, chociaż ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Swoje tradycyjne stroje zakładają tylko przy świątecznych okazjach. Po ich występie obaj z Piotrem zostaliśmy przebrani za Papuasów w spódniczki z włókna z liści palmy, na głowie pióropusze z piór rajskich ptaków i różne naszyjniki i ozdoby. Razem z tubylcami próbowaliśmy wykonać ich tańce. Oczywiście obowiązkowo musieliśmy zażyć buaia. Było przy tym radości co niemiara.

Innego dnia pojechaliśmy z Robertem, miejscowym liderem do szpitala. Dostał mocnego ataku malarii i trzeba było dać mu zastrzyk z chininy. Wyglądał jak z krzyża zdjęty. Ledwo co stał na nogach. Malaria powoduje wymioty i silną gorączkę. Człowiek podobno nie wie, jak się nazywa. Często prowadzi ona do śmierci. Po zastrzyku momentalnie poczuł się lepiej. Dlatego, że organizmy ich nie są skażone żadną chemią, nie biorą żadnych lekarstw, dlatego podanie jakiegokolwiek leku już powoduje pozytywną reakcję organizmu. Przyroda jest czysta i nie skażona, a przez to i organizmy.

Oczywiście szpital, w którym byliśmy, to dwa duże baraki na palach i jedna pracująca pielęgniarka. W hierarchii ważności był to odpowiednik szpitala powiatowego. W drodze powrotnej Piotr poczuł się jak na Camel Tropy, kierując samochodem po bezdrożach Papui.

U Krzysia zostawiliśmy także trwałe pamiątki. Posadziliśmy przy plebani po jednej palmie kokosowej i po krzewie bananowca. Wieczorami rozmawialiśmy z miejscowymi, m.in. z Martą, kierowniczką szkoły i jej mężem, a także ich pierworodnym. Pierworodny - to należy tłumaczyć jako leń śmierdzący wykorzystujący swoją żonę. U Papuasów pierworodnemu synowi nie wolno kalać się pracą. Jest stworzony do wyższych celów.

 

 

Zapraszam do czytania dalszych części " Opowieści dziwnej treści..."

Ks. Gabriel Marciniak