Opowieści dziwnej treści, czyli nasz misyjny patrol PDF Drukuj Email
Wpisany przez Ks. Gabriel Marciniak   
sobota, 19 listopada 2005 22:12

Twój udział w misjachNastępnego dnia rano mieliśmy wyruszyć już do stacji misyjnej w Turinghi, gdzie pracuje Krzysztof. Jednak było to niemożliwe, ponieważ w nocy się rozpadało. Musieliśmy czekać, aż się wypogodzi i trochę obeschnie, aby można było dojechać do stacji misyjnej. Po deszczu jest to niemożliwe.

W końcu po południu nasz szef, czyli Krzyś, rzucił hasło do pakowania się i wyruszyliśmy w drogę. To co było potrzebne wrzuciliśmy do samochodu. Piotr z kamerą usiadł w kabinie, ja z aparatem w ręku na pace. Na początku jechaliśmy asfaltową drogą. W pewnym momencie przeprawialiśmy się przez most, nad którym płynęła woda. Sięgała do osi kół. Potem droga ...

... zamieniła się w zwykłą buszową, bardzo śliską, z głębokimi koleinami. W pewnym momencie myśleliśmy, że dalej nie pojedziemy, że samochód się przewróci. Ale jakoś powoli, po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy do miejsca pracy Krzysia, do stacji misyjnej w Turinghi. Jest to już dosyć stara misja, w której pracowali niemieccy księża. Wrażenie sprawiała niesamowite.

Piękna zieleń, przystrzyżona trawa, wszystko kwitnie. Na kilka dni super, ale na dłuższy pobyt chyba już nie. Wszystko to było zrobione przez Krzysia i jego pomocnika Roberta (rodowitego Papuasa) po to, by mieć choć namiastkę normalności. Wszędzie cisza, brak cywilizacji. Nie ma prądu, komputerów, telewizji, autobusów, telefonów. Cisza i samotność. Źródła prądu, do oświetlenia i podłączenia choć na chwilę lodówki, stanowiły generator na olej napędowy i baterie słoneczne. Generator włącza się rzadko, ponieważ trzeba oszczędzać paliwo, przywożone w beczkach z miasta, a w baterie słoneczne walnął piorun i połowa z nich uległa zniszczeniu. Pozostałe więc działają tylko na pół mocy. Łazienka i owszem, ale trzeba uważać na pewien rodzaj stonogi, której ukąszenie jest niezwykle bolesne. Woda do picia i kąpieli to zwykła deszczówka. , Australijczycy, odchodząc z Papui, zamontowali we wszystkich wioskach wielkie zbiorniki przechwytujące deszczówkę. Wszyscy z niej korzystają i nic się nie dzieje. Woda jest czysta, niezanieczyszczona.

W nocy dla nas było duszno i gorąco, Krzyś twierdził, że chłodno. I nasłuchiwaliśmy brzęczenia komarów, których tutaj jest wszędzie pełno.

Po obudzeniu się o wschodzie słońca wyruszyliśmy na tzw. patrol, czyli piesze przejście po terenach misji z posługą duszpasterską. Przed wyruszeniem mieliśmy ustalić, co zabrać ze sobą. Problem polegał na tym, że wyruszaliśmy na cały tydzień. Odległości miały być duże i pokonywane pieszo. Bagaż nie mógł być więc za ciężki, ale niezbędny. Oczywiście najwięcej do powiedzenia w tym temacie miał ojciec Krzysztof, jako miejscowy i ten, który już wiele razy tamtędy szedł. Zabraliśmy więc zapasowe buty, ubranie na zmianę, wodę do picia, sprzęt fotograficzny i w drogę. Nie braliśmy przyborów toaletowych, bo i tak specjalnie nie było gdzie się myć. Pierwszy dzień i pierwsze doświadczenia buszu i kunaiu, czyli dużych połaci traw. Upał niesamowity. Nieraz do 40 stopni w odkrytym terenie i przy dużej wilgotności. Pot lał się z nas strumieniami. W tę podróż poszli z nami także ludzie z parafii. Robert, pomocnik Krzysia na stacji misyjnej oraz dwie kobiety, Monika i Frida, przedstawicielki Kobiet Katolickich. Miały one spotkać się z innymi kobietami i omówić sprawy formacyjne w misji.

Pierwszy odpoczynek był po dwóch godzinach przy szkole w Bimie. Oczywiście szkoła to kilka szałasów skleconych z liści palmowych. Po uzupełnieniu wody poszliśmy dalej, do Peringa. Tam Krzysio spotkał się z wiernymi, spowiadał, a potem razem odprawiliśmy Mszę św. w języku pidgin. Jest to sztuczny język stworzony przesz Australijczyków, aby pomóc we wzajemnej komunikacji. W Papui żyje wiele plemion, które mają różne, bardzo odmienne języki. Obecnie posługują się około 700 językami. Dlatego ten język pidgin umożliwia wzajemną komunikację. W parafii Krzysia używano 5 miejscowych języków.

Po Mszy św. dostaliśmy obiad. Świeże kokosy, prosto z drzewa. Wypiliśmy mleczko, a potem wydłubaliśmy miąższ, czyli koprę. Na drugie danie była zupa z liści i trochę cuchnąca ryba. Na deser spróbowaliśmy pierwszy raz buaia, czyli coś na rozluźnienie i ożywienie. Buai jest to roślina o owocach podobnych do orzechów. Żuje się ją z inną rośliną, podobną do strąków i macza w wapnie uzyskiwanym z drobno startych muszli, tzw. kamban. To tej mieszance usta robią się czerwone, jakby zakrwawione. Wydziela się także obficie ślina, też w kolorze czerwonym. A efekt jest taki jakby ktoś wypił setkę alkoholu na pusty żołądek. Papuasi praktycznie żują buai cały czas. Na lotnisku w Port Moresby był znak, zakaz żucia buaia, i oczywiście plucia czerwoną śliną na ziemię.

Po obiedzie i odpoczynku wyruszyliśmy dalej, do Timbunke. Tam mieliśmy nocować. Po drodze dopadła nas ulewa, jedna z wielu. Przemoczeni dotarliśmy do celu. Po spowiedzi wiernych i Mszy św. kolacja i przygotowanie do spoczynku. Zjedliśmy znowu gotowane liście i placki w mączki sago, uzyskiwanej z palmy sagowej. I pierwsza próba poradzenia sobie w trudnych warunkach. Otóż na nodze zrobił mi się sporych rozmiarów bąbel, który uniemożliwiał chodzenie. Z braku jakichkolwiek pomocnych narzędzi, przekułem tegoż bąbla ostrym kolcem zerwanym z palmy sagowej. Metoda może niezbyt higieniczna, okazała się nad miarę skuteczna.

Rano następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą drogę. Przeszliśmy przez tzw. tajsy, czyli dosyć głębokie bagna, przeszliśmy rzekę po pniu zwalonego drzewa i dalej po kunaiu, wstępując po drodze do nielicznych wiosek i osad. Szliśmy do stacji misyjnej Timbunke nad rzeką Sepik. Przeszliśmy w ponad 40 stopniowym upale około 40 kilometrów. Trasa ta nas wykończyła. Do celu doszliśmy już wieczorem, przy latarkach. Praktycznie u kresu sił i wytrzymałości. Najlepiej trzymał się Krzysztof. Piotr miał gorączkę, chyba dużą, gdyż następnego dnia rano po nocy i zaserwowanych lekach miał jeszcze 39 stopni. Ja miałem po kilka odcisków na każdej stopie i zatarcia pod pachami i w pachwinach. Następnego dnia chodziłem okrakiem. Od razu pomocy udzieliła nam siostra Dorota, werbistka, która przez piętnaście lat pracowała z trędowatymi, a w Timbunke prowadziła szpital. Jej opieka powoli przynosiła nam ulgę. Po dobrej kolacji udaliśmy się na spoczynek.

Następny dzień to "leczenie ran" i zwiedzanie okolicy. Pierwsza wizyta w Haus Tambaran, czyli świątyni duchów, słuchanie gry na garamutach, odpowiednikach bębnów, oglądanie rytualnych strojów. Potem zobaczyliśmy, jak ?, produkuje?, się mączkę sago z palmy sagsagowej. Po prostu sieka się miąższ na drobno, polewa wodą z rzeki i na zasadzie naszego krochmalu wyciska. Co zostanie na dnie łodzi, osad, to właśnie jest ta mączka. We wsi przy domkach widzieliśmy też wolno rosnące krzewy marihuany.

A wieczorem nocne Polaków rozmowy. Głównie opowiadania siostry Doroty o prowadzeniu szpitala i historie niezwykłe związane z działalnością szamanów i rzucania klątwy albo czynienia czarów. Były to nieraz historie wprost nie do uwierzenia.

Zapraszam do czytania dalszych części "Opowieści dziwnej treści..."
Ks. Gabriel Marciniak