Opowieści dziwnej treści, czyli wyprawa do Papui Nowej Gwinei PDF Drukuj Email
Wpisany przez Ks. Gabriel Marciniak   
niedziela, 30 października 2005 16:11

Twój udział w misjachW dniach od 27 stycznia do 19 lutego 2004 roku przeżyliśmy podróż życia, podróż do Papui Nowej Gwinei. Celem wyprawy były odwiedziny ks. Krzysztofa Morki, pallotyna, misjonarza pracującego już 15 lat w Papui Nowej Gwinei.

Ojca Krzysztofa poznałem, pracując w jego rodzinnej parafii Pelagów pod Radomiem. Wtedy między nami zawiązała się nić przyjaźni. I pojawił się pomysł, żeby pojechać z odwiedzinami na koniec świata i przyjrzeć się pracy ojca Krzysztofa. Myśl dojrzewała powoli. Z propozycją wyjazdu zwróciłem się do Piotra Dareckiego, przyjaciela ojca Krzysztofa z lat szkolnych. Obaj przesiedzieli całą szkołę średnią ...

... w jednej ławce. Piotr zgodził się i zaczęliśmy przygotowania. Owocem był wyjazd pod koniec stycznia do Papui.

Sama podróż i pobyt to niekończąca się przygoda. Bilety mieliśmy zarezerwowane wcześniej. Mieliśmy lecieć z Warszawy poprzez Frankfurt do Bangkoku i Manili. Stamtąd do Port Moresby, stolicy Papui, i dalej przez Madang do Wewak, stolicy prowincji, gdzie miał na nas czekać ojciec Krzysztof. Problem polegał na tym, że do stolicy PNG latają tylko australijskie i papuaskie linie lotnicze, i dużo wcześniej trzeba rezerwować bilety.

Wszystko było gotowe, my przygotowani do przestawienia się klimatycznego z zimy na lato. A tymczasem na lotnisku pierwsza niespodzianka. Okazuje się, że w systemie komputerowym zaznaczono, iż do Papui Nowej Gwinei potrzebna są wizy, a my ich nie mamy. W ambasadzie australijskiej powiedziano nam wcześniej, że nie są potrzebne. Na lotnisku pani zadzwoniła do ambasady, ale była przerwa obiadowa i niczego więcej się nie dowiedzieliśmy. Stanęło na tym, że dostaliśmy karty pokładowe tylko do Manili, a tam na miejscu mieliśmy martwić się dalej. W razie czego tam zakończymy naszą podróż. Bagaże natomiast nadane zostały już docelowo do Port Moresby. Dla ciekawości dodam, iż ani ja, ani Piotr nie znaliśmy praktycznie języka angielskiego, jadąc w tak daleką podróż. Do Manili lot przebiegał normalnie. Męczące było tylko te 15 godzin spędzone w powietrzu w samolocie. Po wylądowaniu w Manili udaliśmy się po karty pokładowe na lot do Port Moresby.

I znowu ta sama sprawa. W komputerze zaznaczono, że Polacy potrzebują wizy wjazdowej. Lot ma być za dwie godziny, samolot lata tylko raz w tygodniu, a pan każe nam iść następnego dnia do ambasady po wizy. Nie mamy na to czasu, a tym bardziej, że mamy być w Papui, a nie na Filipinach. Ciężko się dogadać, szczególnie gdy się nie zna angielskiego.

Z pomocą przyszła nam technika. Z telefonu komórkowego zadzwoniliśmy z Manili przez Polskę do Wewak, do Krzysia, aby ten po angielsku dogadał się z pracownikiem lotniska. Po rozmowie pan poszedł coś sprawdzić i po chwili przyszedł i powiedział, że rzeczywiście nie potrzebujemy wiz turystycznych. Po prostu w komputerze był błąd, który mógł nas dużo kosztować, bo zmianę planów i nie dotarcie do Papui. Otrzymaliśmy karty pokładowe i zajęliśmy miejsca w samolocie.

Po dwóch dniach podróży nad ranem wylądowaliśmy w Port Moresby, gdzie czekał na nas ojciec Józef, werbista. Zabrał nas do seminarium, gdzie mogliśmy chwile odpocząć. Było już bardzo gorąco, ponad trzydzieści stopni. Na zmęczenie też wpływało przesunięcie w czasie, w stosunku do Polski o 8 godzin. Tu nastąpiło pierwsze spotkanie z Papuasami, klerykami miejscowego seminarium, z piękną przyrodą. W stolicy Papui Nowej Gwinei zwiedziliśmy katedrę katolicką, nowy, piękny budynek parlamentu, wioskę na palach w zatoce, cmentarz żołnierzy australijskich z czasów drugiej wojny światowej.

Po południu udaliśmy się w dalszą podróż, już do celu. Lokalnymi liniami dolecieliśmy do Wewak, stolicy prowincji. Można tam dotrzeć albo samolotem, albo statkiem. Nie ma możliwości by dojechać samochodem, ponieważ nie dochodzi tam żadna droga. Te lokalne kończą się w buszu i prowadzą do nikąd. Wylądowaliśmy wieczorem około godziny 19.00. Już czekał na nas komitet powitalny, czyli Pallotyni pracujący w Wewak, Darek i Janusz. I oczywiście Krzyś Morka. Samochodem dojechaliśmy do stacji Boram, już po drodze napełniając się pejzażami i widokami. Kolacja, rozmowy, prezenty. Trwało to do późnej nocy.

Następnego dnia wyruszyliśmy z Krzysiem na zwiedzanie Wewak. Przede wszystkim bogactwem, tym, co nas zachwyciło, byli ludzie i przyroda. Możliwość rozmowy, (oczywiście przez Krzysia w języku pidgin) obserwacja zwyczajów, kultury, zachowań. Inne trochę w mieście, inne w buszu. I przyroda... Piękna roślinność, palmy, kwiaty i plaże jak w raju. Pierwszego dnia pojechaliśmy nad zatoczkę, gdzie popływaliśmy wśród rafy koralowej.

Po drodze minęliśmy olbrzymie drzewa mangrowe z korzeniami nad wodą. I pierwsze doświadczenie słońca, na skutek nie słuchania rad misjonarzy. W środku naszej zimy piękne słońce i plaża, to okazja do opalania. Pożałowaliśmy na skórę kremu do opalania, sądząc, że i tak jest go za gruba warstwa. W konsekwencji poparzyliśmy sobie skórę. Od tej pory już bardziej byliśmy usłuchani i zdani na dobre rady ?, miejscowych?, . Kupiliśmy po drodze coś na obiad, czyli świeże ryby. Były też do kupienia żółwie, ale nie zdecydowaliśmy się. Wieczór spędziliśmy na plaży przy zachodzie słońca.

Mimo, że Wewak to miasto prowincjonalne, to jednak żyje się tu skromnie. Jest elektrownia na olej opałowy, która nieraz wysiada z braku paliwa. Zawsze jest prąd w stacji misyjnej, bo ta akurat leży przy szpitalu. A szpital to kilka prymitywnych budynków z jedną lekarką - Niemką i kilkoma pielęgniarkami. Mieszkania to także odrębny temat. Domy na palach, bez mebli i wyposażenia, kryte liśćmi palmowymi. Przy domach istny śmietnik. I duże kałuże po opadach deszczu. Stacja misyjna Boram to jeden z lepszych i solidniejszych domów w mieście, przygotowany do przetrwania występujących tu często trzęsień ziemi. Daje możliwość odpoczynku i relaksu przyjeżdżającym tu Misjonarzom. W całym budynku był tylko jeden pokój klimatyzowany, tam gdzie stał komputer, żeby nie popsuł się od dużej wilgotności. A ta dawała się mocno we znaki. Po tygodniu plecak, który miałem w szafie, zapleśniał.

Zapraszam do czytania dalszych części "Opowieści dziwnej treści..."
Ks. Gabriel Marciniak