Rozmowa z ks. Dariuszem Woźniakiem SAC PDF Drukuj Email
Wpisany przez Jolanta Fidura   
wtorek, 01 marca 2005 21:20

Misjonarz opowiadaRed. - Na początek pytanie tradycyjne: jakie były pierwsze wrażenia po przyjeździe do Papui?
Ks.
- Do Papui przyjechałem w 1994 r. Pierwsze wrażenie - jak tu gorąco!
Był to przełom października i listopada, pora sucha. Czerwona ziemia, zero zieleni, duchota, z człowieka leje się pot. Godzina 8 rano. Wszystko pozamykane, nie można się niczego napić.
W Wewak było zupełnie inaczej: piękna zieleń, fantastyczne morze i czekający na lotnisku współbracia, stojący z otwartymi ramionami: "Wreszcie jesteście! Czas do roboty"!

Red. - Jak duża jest parafia Księdza?
Ks. -
Parafie w Papui są dość duże - moja ma 50 km długości i 30 km szerokości. Liczy 30 wsi, znajdujących się w dużej odległości od siebie. Przy tamtejszym klimacie msze można odprawiać tylko rano. Upał po południu jest taki, że można tylko odpoczywać. O 5 po południu robi się chłodniej, a o 6 jest już ciemno. Wieczorem zaś niebezpiecznie jest wracać.
Mocno jest rozbudowana struktura pracowników świeckich: katechetów, ministrów Eucharystii, nauczycieli szkół przedsakramentalnych itp. Bez tego sztabu ludzi ...

... nic byśmy nie byli w stanie zrobić przy takiej rozpiętości terenu. Na moim obszarze jest ok. 4 tys. katolików. Jest to, jak na tamtejsze realia, dość dużo. Przy tej rozpiętości żeby tylko odprawić Mszę, wyspowiadać i przygotować ludzi do sakramentów - potrzebowałbym 60 dni.

Red. - Jak wygląda praca misjonarza w Papui?
Ks. -
Jak mówią niektórzy, praca misjonarza wygląda tak: trzeba być mechanikiem, lekarzem, kucharzem, sprzątaczką, a przy okazji księdzem. Ja wolę mówić odwrotnie - najpierw być księdzem, a przy okazji lekarzem, mechanikiem, kucharzem. I chyba największą karą jest, że trzeba zjeść to, co się samemu ugotuje.

Rozpiętość prac na placówce w buszu jest tak duża, że czasem brakuje dnia, czasu, by usiąść, coś poczytać, odpisać na listy. Stąd czasami korespondencja z misjonarzami wygląda tak, że przychodzą trzy listy, a ksiądz odpisuje na jeden. Proszę nie myśleć, że misjonarz to taki człowiek, za którego wszystko zrobią inni, on zaś tylko jeździ i tu wyspowiada, tam odprawi Mszę św.
Dochodzi do tego wysoka temperatura i choroby tropikalne. Trzeba, planując pracę, uważać, żeby nie nałożyć zbyt dużo obowiązków na krótki odcinek czasu, bo odbije się to od razu na zdrowiu.

Red. - Jaki jest stosunek Papuasów do religii katolickiej?
Ks. -
Papuasi to są ludzie żywej reakcji, głębokich uczuć, spontaniczni. Potrafią zareagować bardzo szybko na przekazaną informację czy Dobrą Nowinę. Trzeba znaleźć metodę takiego przekazania, żeby to przyjęli za swoje. Dotyczy to zarówno nauczania katechetycznego, jak i współpracy. Faktem jest, że angażują się bardzo mocno. Dbają o miejsca kultu, modlą się i spotykają, niezależnie od tego czy ksiądz jest. Każda wieś wyznacza sobie spotkanie 2, 3 razy w tygodniu. Posiedzą sobie, pośpiewają, pomodlą się czy to na różańcu czy odprawią Drogę Krzyżową, choć księdza nie ma i nie pilnuje ich.

Przychodzą sami, ale gdyby takie spotkania narzucić im siłą to za tydzień, za miesiąc wszystko upadnie. Jeśli przyjmą coś za swoje, to starają się żyć zgodnie z tym. Bardzo pięknie potrafią mówić o Ewangelii, o zasadach moralnych. Oczywiście życie jest życiem, ale chyba częściej stosują Ewangelię w życiu codziennym niż ludzie u nas w kraju. Wychodząc z kościoła nie zostawiają w nim swojego chrześcijaństwa, ale zabierają go ze sobą.
Oczywiście nie można od nich wymagać świętości życia w formie doskonałej, gdyż ich wiedza religijna, poziom rozwoju, kultura, bardzo mocno zakorzenione wcześniejsze wierzenia wpływają na to, że ich katolicyzm jest jeszcze bardzo plastyczny. On się dopiero kształtuje.

Ewangelii nie przekazuje się z góry ustalonymi metodami. Być może jest to doświadczenie tego typu jak mieli pierwsi chrześcijanie: próba adaptacji kultury grecko - rzymskiej do chrześcijaństwa. Myślę, że to jest piękne w tej pracy, choć bywa, że trudne. Taki przykład z życia: kiedy po raz pierwszy chciałem zorganizować procesję na Boże Ciało. Problem polegał nie na tym, żeby im wytłumaczyć jak to zrobić, ale żeby tak przekazać, żeby oni myśleli, że to ich pomysł. Opowiedziałem im o Chrystusie, Eucharystii, o tym, że to taka tradycja, a oni mówią: "Ojciec, to zrobimy tę procesję, ale nie tak jak ty mówisz 500 m. Procesja będzie miała 10 km". I miała. Szli wytrwale z Monstrancją, z Najświętszym Sakramentem, a później jeszcze zebrali się i pomodlili. Byłem bardzo zdziwiony, bo niektórzy potrafili przyjść 20 km na procesję, przejść 10 i wrócić 20 km do domu. Jeśli im się podobają - przyjmują nasze formy kultu. I myślę, że dobre jest to, że nie są one wprowadzane na siłę.

Papuasi są bardzo twórczy, jeśli chodzi o śpiewy i akcje liturgiczne, to urodzeni artyści i aktorzy. Chętnie występują, choć czasami bywa to uciążliwe, bo jeśli stworzą sobie piosenkę, co ma 15 zwrotek, to zaśpiewają wszystkie 15. Ksiądz musi czekać, aż oni skończą. Ale oni myślą tak: "Jak ja już przyszedłem na tę Mszę św. 5 czy 10 km, to muszę wiedzieć, że byłem na Mszy św." Oni przychodzą się pomodlić, spotkać z Panem Bogiem. Oni nie myślą, że w niedzielę trzeba coś "odfajkować", ani co powiedzą sąsiedzi. Oni przychodzą, bo chcą. Chyba można ich życie sakramentalne określić jako dość bogate, bo bardzo często korzystają z regularnej spowiedzi, bardzo często przystępują do Komunii św. Problem jest z małżeństwami, ale to jest uwarunkowane przez ich kulturę, sposób zawierania małżeństw. Jeszcze przy ich temperamencie i żywiołowości!
Ludzie chętnie współpracują na płaszczyźnie mieszkaniec wsi - ksiądz. Ile razy przyjadę do wsi, wszystko jest przygotowane do Mszy św.: kościół, ludzie, problemy do rozstrzygnięcia. Jeśli ustalę z liderami program, to go zrealizują, nawet jeśli czasem kręcą nosami.

Red. - Jak wygląda współpraca z ludźmi świeckimi?
Ks. -
Forma współpracy ze świeckimi jest trudna do określenia. Ona się tworzy cały czas i na płaszczyźnie duchowej, i troszkę naukowej, kulturowej. Oni też często pomagają nam coś zrozumieć, zaadaptować do ich kultury nasze formy religijności, bądź chrześcijaństwa. Piękną rzeczą jest to, że lubią się zrzeszać w różne ruchy apostolskie, nie wstydzą się tego i zazwyczaj nie poprzestają na jednym. Na wszystko mają czas. Jeśli ktoś jest liderem jednej grupy, to w innej może być tylko zwykłym członkiem. Mówią: &bdquo, Nie możesz być u steru tu i tu, bo nic dobrego z tego nie będzie, tylko wszystko popsujesz.&rdquo,

Uczymy ich, i oni tego pilnują, że lider musi wziąć odpowiedzialność za grupę. My wcale nie musimy być obecni na ich spotkaniach. Oni przyniosą spis postanowień: "Ojciec, czy ty się z tym zgadzasz"?
Problemem jest, że trzeba cały czas tworzyć tę strukturę pracowników, liderów, katechetów, pilnować, żeby to byli ludzie godni funkcji, a jednocześnie tacy, których wieś szanuje i akceptuje. Trzeba manewrować tak, aby ten człowiek z autorytetem nie był w kolizji z Kościołem i np. nie miał 3 żon. Momentem mobilizującym jest to, że koszty szkolenia w ośrodku katechetycznym musi sfinansować wieś lub parafia. Później, gdy lider wróci, wieś ma wystarczająco mocne argumenty, by zmusić go do rzetelnego wykonywania pracy: "Bo myśmy za ciebie zapłacili!".
Współpraca ze świeckimi, to jest cały czas poszukiwanie dojścia do nich, rozbudowywanie tego, co jest chyba domeną pallotyńską - apostolstwa ludzi świeckich.

Red. - Jaka była najbardziej zaskakująca sytuacja w pracy Księdza?
Ks. -
Jednym chyba z ciekawszych momentów było, kiedy zobaczyłem, że "obiad się rusza". W wielu wsiach na zakończenie spotkania z księdzem jest przygotowywany lekki posiłek, żeby "Ojciec w drodze powrotnej nie ustał". Oni dzielą się tym, co mają, a więc raz będzie to wąż, kiedy indziej nietoperz, czasami świnia. Problem polega na tym, że tego nie wolno odmówić. Odmowa oznacza pogardę, bo oni wszystkie sprawy kończą wspólnym posiłkiem. Jeśli ja przyjdę, to siada ze mną kilku ważniejszych mężczyzn i muszę z nimi zjeść. Czasem ciężko przechodzi przez gardło, czasem lżej.

Red. - Co było tym ruszającym się obiadem?
Ks. -
Ruszającym się obiadem była larwa robaka żyjącego w drzewach. Oni to nazywają "próchnojadem", długie 5 - 8 cm, grube. Ja sobie kazałem to przysmażyć. Powiedziałem, że żywego nie zjem. Jak przysmażyli, to się dało zjeść. Smakowało jak skwarek.
Przez pierwszy tydzień po przyjeździe do Papui takie &bdquo, posiłki&rdquo, nie przechodzą przez gardło, ale po kilku miesiącach już dają się zjeść. Na szczęście nie zaproszono mnie na ucztę kanibali, bo jednak praktykują to, nieoficjalnie, do dzisiaj. Starają się wyjść naprzeciw ojcom, rozumieją, że my nie jesteśmy stamtąd, że inaczej odbieramy świat niż oni.

Rozmawiała: Jolanta Fidura
Źródło: Horyzonty Misyjne nr 2 (1/1998)