Wieści z Kanduanum PDF Drukuj Email
Wpisany przez Ks. Darek Woźniak SAC   
piątek, 04 marca 2005 21:03

Z życia misjonarzyNa prośbę ks. biskupa przyjęliśmy nową placówkę nad Sepikiem - Kanduanum. Postanowiłem podjąć wyzwanie. To tylko 7 godzin podróży i jest się na miejscu. Dociera się tylko łódką i potem jakieś pół kilometra po błocie. Stacja misyjna znajduje się za wsią.

Rzeka w tym miejscu jest szeroka, dużo wirów, takich, że potrafią 4-6 metrowy pień obrócić kilka razy i pnia nie ma. W porze suchej woda opada nie dalej niż do 60 m. Do domu od rzeki mam ok. 500 m. Na szczęście mogę łódkę zostawić - wieś pilnuje. Ostatnie miejsce na Sepiku, gdzie mogę zostawić silnik w łodzi.

Koło stacji misyjnej prowadzi droga na cmentarz. Dawniej grzebali zmarłych we wsi, ale tam zalewa woda i mój poprzednik zabronił grzebania we wsi, bo się chodziło po grobach. Wyznaczono miejsce na pochówek za wsią. Ponieważ w drodze na cmentarz przechodzą koło mego domu, widzę, że odprowadzają zmarłego. Mają jakieś swoje obrządki, ale ja ich nie znam - zresztą oni też nie chcą, żeby ksiądz je poznawał. Nawet jak jest ...

... pogrzeb z księdzem &ndash, odprawiam modlitwy i wychodzę. Także kiedy po Mszy św. idziemy do grobu nigdy nie czekam aż zasypią, bo jak pójdę to i tak odkopią zmarłego, żeby odprawić swoje obrzędy.

Papuasi nie przyjmują do wiadomości, że ktoś umarł, bo był chory czy stary. Zawsze szukają winnego śmierci. Zbiera się starszyzna i szukają różnymi sposobami, np. jakimiś gałązkami, kawałkami lusterka czy innymi przedmiotami. Bardzo często wkopują mambu (bambus) aż do zwłok, żeby otrzymać jakiś znak. I zawsze kogoś wskażą. Podejrzewamy, że chodzi o to, żeby wskazać takiego, który może najwięcej zapłacić. Albo pozbyć się kogoś niewygodnego.

Ks. Krzysztof opowiadał mi kiedyś o takim przypadku: dzieci chodziły po buszu i napiły się brudnej wody. Troje zmarło w ciągu jednej doby. Posądzono niewinnego człowieka. Te dzieci pochowali bardzo szybko, a po miesiącu przyszli, żeby Mszę św. odprawić w ich intencji. Ks. Krzysztof zgodził się, ale pod warunkiem, że ojciec tych dzieci (człowiek liczący ok. 30 lat) publicznie odwoła oskarżenie. Zgodził się - odwołał, przeprosił. Tym razem poskutkowała interwencja księdza. Najczęściej dzieje się to za naszymi plecami i różnie kończy - płaceniem odszkodowania, pobiciem, ucieczką czy wygnaniem z wioski. To jest bardzo poważny problem w pracy duszpasterskiej. Nie ma recepty, jak go rozwiązać - każdy przypadek musimy osobno rozpatrywać. Nie jest łatwa walka z czymś, w co wierzą od pokoleń, a co też czasem jest dla nich - przynajmniej dla niektórych - wygodne.

Jest też papuaskim obyczajem regulowanie konfliktów przez płacenie odszkodowań, niestety klanowi, a nie poszkodowanym. Tak często jest w wypadku gwałtu. Oczywiście zawsze jest winna kobieta nawet jak pracuje we własnym ogrodzie i tam zgwałci ją jakiś mężczyzna. On twierdzi, że jest niewinny, bo "to ona tam była". Zapłaci jej krewnym parę kina i sprawa załatwiona. Nikt nie przejmuje się, że kobieta ma brzemię do końca życia. Nikt nie przejmuje się kobietą.

Wprawdzie zdarza się, że ktoś staje przed sądem i otrzymuje wyrok (za gwałt 4-5 lat, za morderstwo - 2 lata), bo Papuasi lubią się sądzić, ale nikt się więzieniem nie przejmuje. Nawet czują się ważni, bo więzienie dodaje im prestiżu. Zresztą więzienie w ich wydaniu to jak hotel czterogwiazdkowy, bo Papuas w wiosce nigdy nie ma jedzenia 3 razy dziennie. I tu nic nie musi robić. Ciężka praca, na jaką zostają skazani, to jakieś drobne zajęcia wewnątrz więzienia, porąbanie drewna od czasu do czasu, a bardzo ciężka to koszenie trawy na polu golfowym raz w miesiącu.

Kiedyś poszedłem z wizytą duszpasterską do więzienia. Nie było strażnika. Na łóżku siedział Papuas, więzień. Zapytałem go, gdzie jest strażnik. Okazało się, że poszedł do sklepu coś kupić. Zdziwiłem się: "A ty tak siedzisz, nie próbujesz wyjść?". Odpowiedział: "Nie". "A ile dostałeś?" - spytałem. "Sześć lat ciężkich robót" - powiedział. Jak dziwiłem się, że nie korzysta z okazji, żeby uciec - zapytał: "A po co?". Kiedy dowiedziałem się jakie są te ciężkie roboty - przestałem się dziwić. Czasem ten pobyt w więzieniu jest też dobry dla przestępcy, bo w międzyczasie wygasną we wsi emocje, klany się dogadają i po powrocie nie straci życia.

Ks. Darek Woźniak SAC